Dla Alicji Majewskiej porcelana nigdy nie była tylko przedmiotem. To rytuał porannej kawy, wspomnienie rodzinnych spotkań, ślad przyjaźni i znak dobrego smaku. W rozmowie o marce Rosenthal, której jest Honorową Ambasadorką, wokalistka opowiada nie tylko o słynnej Białej Marii, ale też o domu pełnym muzyki, świątecznych stołach i o tym, dlaczego klasyka zawsze wraca.

Ona, Alicja Majewska, jest królową polskiej estrady. On, Andrzej Kareński, wprowadził do Polski markę Rosenthal i śmiało można by go mianować „królem porcelany”. Lata temu połączyła ich przyjaźń, której życie napisało kolejne zwrotki. Dziś Alicja Majewska, prawdziwa dama polskiej piosenki jest Honorową Ambasadorką marki Rosenthal. Nam zgodziła się opowiedzieć o roli porcelany w swoim życiu, miłości do pięknych przedmiotów oraz niezwykłej sesji zdjęciowej, która odbywała się wśród wiader wypełnionych cieknącą z dachu wodą.

Czas na Wnętrze: Zna się Pani z Andrzejem Kareńskim i marką Rosenthal od wielu lat. Jak zaczęła się ta relacja?

Alicja Majewska: Z Andrzejem znamy się ponad pięćdziesiąt lat. Poznałam go jeszcze w czasie studiów, przez moją serdeczną przyjaciółkę. Potem spotkałam także Anię Kareńską (żona Andrzeja Kareńskiego, wokalistka, popularyzatorka muzyki - przyp. red.). To wszystko zazębiało się z różnych stron, również przez środowisko muzyczne, bo mój mąż (Janusz Budzyński, konferansjer i prezenter - przyp. red.) znał Anię wcześniej, śpiewała, pojawiała się na koncertach. Z czasem ta znajomość przerodziła się w przyjaźń, a później także w naturalną relację z Rosenthalem. Dla mnie marka bardzo mocno łączy się z ludźmi, którzy ją reprezentowali. Trudno to rozdzielić: z jednej strony jest szacunek do porcelany, jej klasy i tradycji, z drugiej - osobiste relacje, sympatia i zaufanie.

Alicja Majewska - ceniona polska piosenkarka i artystka estradowa znana z interpretacji piosenki literackiej. Od lat występuje i tworzy artystyczny duet z kompozytorem Włodzimierzem Korczem. Do jej największych przebojów należą piosenki „Odkryjemy miłość nieznaną” czy „Jeszcze się tam żagiel bieli”, do których słowa napisał Wojciech Młynarski.

Rosenthal pojawiał się też u Pani w domu przy różnych okazjach, także podczas sesji zdjęciowych.

Tak, pamiętam jedną szczególną sesję, przy okazji której wszystko odbywało się w dość niezwykłych warunkach. Robiono wtedy zdjęcia świątecznych stołów - między innymi u Basi Wrzesińskiej, Krzysztofa Kolbergera i u mnie. U mnie akurat trwała rozbudowa domu. W nocy lunął deszcz, a ponieważ górna część nie była dobrze zabezpieczona, rano obudził mnie łoskot wody. Tapety zaczęły odchodzić, wszystko ciekło, trzeba było ratować sytuację. Kiedy ekipa przyjechała z porcelaną, w domu stały wiaderka, prowizoryczna wewnętrzna rynna była przywiązana drutem do klamki okiennej, a wokół panował budowlany chaos. I w tej scenerii ustawiono elegancki stół: Rosenthal, serwetki, świeczki. Kontrast był zupełnie absurdalny, ale chyba właśnie dlatego tak dobrze to pamiętam. Żałuję, że nie ma zdjęcia zza kulis, bo byłoby znakomite.

Aranżacja stołu z zastawą Biała Maria, najbardziej klasyczną kolekcją marki Rosenthal.

Czy ma Pani swój ulubiony wzór marki Rosenthal?

Jak nie kochać Białej Marii, ale u siebie nie mam dużego serwisu w tym wzorze. Mam raczej pojedyncze elementy, między innymi fragmenty dekoru kwiatowego. Z Białą Marią jest tak, że jest dla mnie bardzo symboliczna, rozpoznawalna, niemal wizytówkowa dla Rosenthala. Dlatego często wybieram ją na prezenty. Wystarczą dwie filiżanki i dwa talerzyki, żeby podarunek miał klasę i znaczenie. Mam natomiast duży sentyment do ładnej porcelany w ogóle. W mojej rodzinie porcelana zawsze była traktowana z pewnym nabożeństwem. Moja siostra odziedziczyła po swojej teściowej piękny serwis, który w czasie wojny został zakopany, żeby go ocalić. Dziś stoi w kredensie, trochę zdekompletowany, ale otoczony ogromnym szacunkiem.

Czyli porcelana jest dla Pani bardziej przedmiotem użytkowym czy nośnikiem pamięci?

Jednym i drugim, choć bardzo często zwycięża sentyment. Mam filiżanki, dzbanek do herbaty, cukiernicę - rzeczy z mojego rodzinnego domu o pięknych kształtach. Niektóre są używane, inne stoją bardziej jako pamiątki. Ale sama świadomość, że są w domu, sprawia mi przyjemność.

Kiedy wybiera Pani przedmioty do domu, ważniejsza jest funkcja czy uroda?

Uroda. Zdecydowanie uroda. Oczywiście przedmiot powinien być wygodny, ale najpierw musi mnie zachwycić. Mam chyba taką cechę, że kiedy coś naprawdę mi się podoba - porcelana, szkło, torebka, but czy biżuteria - to zwykle okazuje się, że jest to rzecz dobra, szlachetna, starannie wykonana. W przypadku Rosenthala zawsze zachwyca mnie to, że wszystko tam jest piękne. Niezależnie od tego, czy to filiżanka, talerz, przedmiot dekoracyjny, czy nowoczesna kolekcja.

Rosenthal Maria en Vogue to seria, która łączy w sobie nowoczesny design z klasyczną elegancją.

Czy Pani relacja z marką zmieniała się przez lata?

Na początku był zachwyt, a później doszła świadomość, że to nie jest tylko piękna porcelana, ale także kultura przedmiotu. Rosenthal zawsze był dla mnie dobrym adresem, kiedy szukałam prezentu. Filiżanka, mały talerz, drobny przedmiot z porcelany - to są rzeczy, które można podarować z przekonaniem, bo są w dobrym guście.

Z czasem oczywiście pojawia się pytanie: ile można mieć porcelany?

Ale w prezentach Rosenthal wciąż jest niezastąpiony. Niedawno podarowałam dwie filiżanki młodej parze, która poznała się przy okazji moich koncertów. Powiedzieli, że na razie szkoda im z nich korzystać i poczekają, aż będą mieli własne mieszkanie. To mnie rozbawiło, ale też wzruszyło, bo pokazuje, że taki prezent tworzy obietnicę czegoś na przyszłość.

Wspomniała Pani, że ma swoje rytuały związane z filiżankami.

Tak, zdecydowanie. Poranna kawa to mój absolutny rytuał. Bez kawy nie ma życia! Mam ekspres ciśnieniowy, sama dozuję ilość kawy, podgrzewam mleko, czekam, aż pianka opadnie, bo nie lubię pianki. I oczywiście piję ją z konkretnej filiżanki. Przez lata miałam ulubione filiżanki Rosenthala z drobnymi pastelowymi kwiatkami. Kiedyś było ich kilka, dziś zostały mi chyba dwie, jedna nawet pęknięta. Tego wzoru już nie ma, więc musiałam przenieść się na inne. Ale to nigdy nie jest przypadkowe. Inna filiżanka jest do kawy, inna do herbaty. To są małe prywatne rytuały, które nadają codzienności formę.

Czy kultura stołu jest dla Pani ważna?

Tak, choć nie jestem osobą, która codziennie celebruje wielkie nakrycia. Ciągle dużo podróżuję i koncertuję, więc nie zawsze jest na to czas. Ale kiedy w domu spotyka się rodzina, szczególnie przy świętach, stół jest bardzo ważny. Przez wiele lat moja mama mieszkała ze mną, była chora, więc rodzinne spotkania odbywały się u mnie. Przyjeżdżała rodzina z różnych miejsc - z Wrocławia, Brukseli, Piaseczna.

Mam duży rozsuwany stół. Kiedyś mieściło się przy nim szesnaście osób, ale bywało i dwadzieścia cztery. Lubię, kiedy ludzie siedzą blisko siebie. Wtedy rozmowa naprawdę się toczy, wszyscy są razem, nikt nie odpływa w osobny kąt. Oczywiście mam piękne obrusy, także ręcznie haftowane. Jeden z nich, haftowany w lawendowe kwiaty, bardzo kocham. Pięknie wygląda z porcelaną. Ale w części kuchennej mam też taki okrągły stół art déco, którego czasem żal mi przykrywać, bo sam w sobie jest piękny. To zawsze jest wybór: obrus tworzy nastrój, ale drewno stołu też ma swój urok.

Czy Rosenthal był dla Pani także lekcją designu?

Myślę, że tak. Rosenthal pojawił się w Polsce w takim momencie, kiedy po zmianach ustrojowych dopiero uczyliśmy się kontaktu z wielkimi markami, z dobrym wzornictwem, z kulturą przedmiotu. Oczywiście byli ludzie, którzy wynieśli to z domów rodzinnych, ale wielu dopiero odkrywało, czym jest porcelana najwyższej klasy. Rosenthal trochę nas tego nauczył. Dla mnie to marka Rosenthal, która łączy tradycję z otwartością na nowoczesność. Są kolekcje klasyczne, są też projekty bardziej odważne, artystyczne. Można się nimi zachwycić, nawet jeśli nie wszystko chce się mieć w domu.

Co sprawia, że klasyka pozostaje dla Pani tak ważna?

Klasyka ma przyszłość. To są właściwe proporcje, szlachetne materiały, wygoda użytkowania, dobrze zaprojektowane detale. Filiżanka może być piękna, ale musi też dobrze leżeć w dłoni. Uszko musi być wygodne, porcelana przyjemna w dotyku. Ktoś to kiedyś wypracował - artyści, projektanci, całe pokolenia twórców.

Można na chwilę zachwycić się czymś bardzo innym, eksperymentalnym, modnym, ale potem często wraca się do form sprawdzonych, harmonijnych. Tak jest z porcelaną, ze śpiewaniem, ze sztuką, z wystrojem domu. Trendy przychodzą i odchodzą, a klasyka trwa.

Gdyby miała Pani określić Rosenthala kilkoma słowami, co by to było?

Piękno, klasa oraz tradycja. Dodałabym jeszcze: szlachetna materia. Bo w Rosenthalu ważny jest nie tylko wygląd, ale też dotyk, ciężar, proporcja, przyjemność obcowania z przedmiotem. To porcelana, która nie jest przypadkowa. Jest piękna dlatego, że ktoś bardzo świadomie ją zaprojektował.

Autor
Poranna kawa Alicji Majewskiej. „Mam duży sentyment do ładnej porcelany”
Anna Grużewska
Dziennikarka, redaktorka, miłośniczka designu i malarstwa. Skończyła warszawską ASP i Wydział Dziennikarstwa UW. Redaktor naczelna magazynu Czas na Wnętrze. Ogląda sesje,...