"Był to wielki malarz. Nie szukam elegantszego przymiotnika, skoro ten jest adekwatny" - tak napisał o Arturze Nachcie-Samborskim wybitny powojenny krytyk sztuki Jerzy Stajuda. Rzeczywiście Nacht to jeden z najbardziej oryginalnych polskich współczesnych artystów, którego sztuka była tak barwna jak jego postać.

Martwa natura na stole kreślarskim, Artur Nacht-Samborski
"Martwa natura na stole kreślarskim", ok. 1960, własność rodziny Artysty, depozyt w Muzeum Narodowym w Poznaniu

Artur Nacht-Samborski reprezentował koloryzm, nurt, który, jak wskazuje już sama nazwa, na pierwszym miejscu stawiał kolor. Polska odmiana tej ogólnoświatowej tendencji rozwinęła się w latach międzywojennych w kręgu kapistów - twórców, którzy zawiązali Komitet Paryski, w skrócie: KP - stąd nazwa ugrupowania. Ich celem był wspólny wyjazd na studia do Paryża u Józefa Pankiewicza. A że w grupie siła, dopięli swego i w 1924 roku znaleźli się w stolicy Francji.

Wcześniejsi nauczyciele Nachta z krakowskiej akademii - Mehoffer i Weiss - także należeli do generacji będącej u szczytu sławy na przełomie XIX i XX wieku. Przed Paryżem Nacht był w Berlinie i Wiedniu, gdzie poznał niemiecki ekspresjonizm.

Wszystkie te doświadczenia ukształtowały twórcę odrębnego, wyróżniającego się uczuciowym postrzeganiem świata i dużą ekspresją wypowiedzi. Do swojego nauczyciela Wojciecha Weissa pisał z Berlina: "staram się przede wszystkim o to, ażeby znaleźć jak najkrótszą i najprostszą drogę od siebie do obrazu". I tak tworzył do końca.

Do rodzinnego Krakowa wrócił dopiero w 1939 roku, osiem lat później niż inni kapiści. Po wybuchu wojny uciekł z całą rodziną do Lwowa. Miał żydowskie pochodzenie, więc żeby przeżyć, musiał zmienić nazwisko. Artur Nacht stał się Aryjczykiem, Stefanem Samborskim - na takie personalia dostał papiery. Po wojnie dołączył do swojego nazwisko, które de facto go ocaliło.

Kobieta w barze, Artur Nacht-Samborski
"Kobieta w barze", 1934, własność rodziny Artysty, depozyt w Muzeum Narodowym w Poznaniu

A jak podpisywał obrazy? Najczęściej wcale, dat też nie zamieszczał. Prawdopodobnie nie uznawał prac za skończone. Dlatego też pokazywał je niechętnie, ciągle nad nimi pracował. W jego straszliwie zabałaganionej pracowni stały odwrócone do ściany, żeby nikt nie mógł ich obejrzeć. W tej swoistej autocenzurze był niezwykle surowy. Nawet w kolekcjonerach przebierał, tak jakby dostęp do jego sztuki mogli mieć tylko wybrani. Krytyków nie dopuszczał, nie chciał, żeby o nim pisali, wszystko jedno, czy źle, czy dobrze. Za życia nie miał ani jednej wystawy indywidualnej.

Po wojnie Artur Nacht większość życia spędził w Warszawie. Jego pracownia znajdowała się na rynku Nowego Miasta, nad kinem, co składało się o tyle szczęśliwie, że był wielbicielem X Muzy. Drugą pracownię miał w podwarszawskim Zalesiu, gdzie chętnie przyjmował gości. Sam jednak był raczej mieszczuchem. Znany był z tego, że po Warszawie poruszał się wyłącznie taksówkami. Pieszo nie lubił, a autobusem nie chciał, nawet jeśli miał do pokonania niewielkie odległości.

Ponoć nawet z hotelu Bristol na znajdującą się rzut beretem ASP, gdzie wykładał, brał taxi. Nie przeszkadzało mu nawet, gdy miał na nią długo czekać. Zresztą pośpiechu nie znosił. Wszędzie się spóźniał, także na zajęcia ze studentami. Lubił przesiadywać w kawiarniach, rozmawiać. Po jego śmierci w pracowni znaleziono mnóstwo obrazów. Nikt wcześniej nie podejrzewał, że Samborski tyle pracował.

Artur Nacht-Samborski obdarzony był ogromną charyzmą. Choć nie miał wysokiego wzrostu, nie ginął w tłumie. Zawsze się wyróżniał. Widać było, że jest autorytetem, co onieśmielało jego uczniów. Czuli przed nim respekt. Kiedy jednego razu zastał kilku z nich wieczorem w pracowni dziarsko pracujących, odprawił modelkę, a młodzież zabrał na kolację do Bristolu. Z szampanem. Podobno dawał fory studentkom, zwłaszcza tym wyróżniającym się urodą.

Artur Nacht-Samborski Akt
"Akt", ok. 1948, własność rodziny Artysty, depozyt w Muzeum Narodowym w Poznaniu

Jego obrazom daleko jednak jest do piękna, ich formaty nie są duże, ale mimo to prace mają niezaprzeczalną moc. To malarstwo w czystej postaci, nieobciążone przedmiotem, chociaż jednak przedstawiające. Tworzył najchętniej martwe natury, portrety, akty, czasem też pejzaże, tematy ulubione zresztą przez kolorystów. Nazywano go malarzem fikusów.

Faktycznie roślina ta należy do częstych motywów jego twórczości, za każdym razem inna, stanowiąca pretekst do odmiennych ujęć, kombinacji przestrzennych i kolorystycznych, ale zawsze pokazująca swoją witalność i witalność malarstwa z pulsującym tętnem koloru. Portrety też malował specyficzne, uproszczone, uogólniając rysy twarzy, upodabniając je do masek. Postacie ukazywał zastygłe w ruchu, często pozbawione kończyn, jakby nieobecne. Paradoksalnie, dużo bardziej żywe były jego martwe natury.

Jak pisała Zofia Karbowska: "Charakterystyczny dla Nachta jest również sposób malowania szerokimi pociągnięciami pędzla, rozłożystymi plamami koloru, tworzącymi raczej syntezę malarską natury, niż jej odwzorowanie. Malarstwo Nachta jest ekspresyjne wymową kolorów i kształtów, potrafi obudzić stany emocjonalne, przeżycia pokrewne tym, jakie niesie muzyka".

Właściwie trudno mówić o tej sztuce. Nie chciałby tego pewnie i sam artysta, który wyznał: "Niejednokrotnie podziwiałem niektóre wywody teoretyczne artystów czy publicystów. Wydaje mi się jednak, że pomiędzy obrazem i widzem jest za dużo druku". Dlatego lepiej oddać głos samym obrazom.

Przez lata niedoceniane, jak i cała twórczość kolorystów, niezbyt przychylnie oceniania za PRL-u, w ostatnich latach przemawiają coraz częściej dzięki wystawom i nowym tekstom poświęconym artyście zmarłemu w 1974 roku. Jego prace prezentowało niedawno Muzeum Sopotu na ekspozycji "Artur Nacht-Samborski 1898-1974. Twórcy i założyciele Szkoły Sopockiej". Dotyczyło ona ciekawego fragmentu życia Nachta, a mianowicie jego pobytu w Sopocie w latach 1946-1949. Tu wykładał w nowo powstałej Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Pięknych, a także czynnie uczestniczył w życiu, także towarzyskim tutejszego środowiska artystycznego, tzw. Szkoły Sopockiej.

Na wystawie pokazano ponad 60 obrazów pochodzących z depozytu rodziny artysty przechowywanego w poznańskim Muzeum Narodowym, a także liczne zdjęcia oraz dokumenty archiwalne ze zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi.