Co łączy aktora, autorską kawę i porcelanę Rosenthal? Więcej, niż mogłoby się wydawać. Mikołaj Roznerski lubi przedmioty z historią, docenia dobry design i wierzy, że przestrzeń nigdy nie jest tylko tłem. A od niedawna coraz uważniej przygląda się także temu, z czego pije swoje podwójne espresso.
Czas na Wnętrze: Aktor wchodzi na plan i trafia do świata stworzonego przez scenografa. Na ile ta przestrzeń wpływa na Pana jako aktora? Jest tylko tłem czy staje się częścią budowania postaci?
Mikołaj Roznerski: Jest bardzo istotna. Scenografia jest dodatkowym środkiem wyrazu w spektaklu, a w filmie czy serialu staje się wręcz dodatkowym aktorem. Buduje nam, aktorom, świat, w którym się poruszamy, a widzowi – świat przedstawiony, w który ma uwierzyć. Scenografie bywają bardzo różne. Mogą być dosłowne albo metaforyczne, improwizowane, zmieniane i budowane na bieżąco. Czasem mamy pustą scenę i jeden drewniany kubik – ale to również jest scenografia. Uważam, że scenografia i scenografowie są niezwykle ważnym elementem spektaklu, bo wszyscy jesteśmy wzrokowcami. Przestrzeń buduje wewnętrzny świat postaci i rzeczywistość, którą później ogląda widz.
Skoro przestrzeń tak mocno działa na Pana w pracy, to jak jest w domu? Czy własne wnętrze również traktuje Pan trochę jak scenografię codzienności?
Oczywiście. Na co dzień też tworzymy własną scenografię. Każdy z nas jest trochę reżyserem swojego życia, a dom jest przestrzenią, którą sami budujemy. Dla mnie ma znaczenie, gdzie stoi kanapa, jaka jest i czy znajduje się w dobrym miejscu, żebym dobrze widział telewizor. Ważne jest, gdzie mam kominek, gdzie stoi szafka na drewno i jak to wszystko wygląda razem. Jestem wzrokowcem, więc bardzo zwracam uwagę na takie rzeczy.
Czy ta wrażliwość na wnętrza i przedmioty towarzyszyła panu od zawsze, czy przyszła z czasem?
Zawsze lubiłem ciekawe przedmioty. I niekoniecznie muszą to być rzeczy po prostu ładne. Ważniejsze jest, żeby budziły we mnie emocje.
Co dziś porusza Pana najbardziej: dobry design, przedmiot z historią czy może rzecz, która uruchamia wspomnienia?
Mam 44 lata i nie wiem, czy to kwestia wieku, czy po prostu coś, co mam w sobie, ale coraz częściej wracam do przeszłości. Wszystko, co kojarzy mi się z dzieciństwem i latami 90., jest mi teraz szczególnie bliskie. Lubię też minimalizm, bo kiedy byłem dzieckiem, nie mieliśmy zbyt wielu rzeczy. Można powiedzieć, że ten minimalizm był trochę wymuszony, ale dzisiaj bardzo mi służy. Pozbywam się niepotrzebnych przedmiotów, chociaż jednocześnie lubię kolekcjonować – szczególnie rzeczy starsze, z historią.
Co trafia do tej kolekcji?
Choćby kryształy, które dostałem od babci. Kiedyś kryształy były przecież symbolem luksusu. Jeśli ktoś miał kryształową zastawę, to znaczyło, że dobrze mu się powodzi. Odziedziczyłem taką kolekcję po babci i mam ją u siebie w domu. Kiedy przychodzą goście, wkładam do kryształowej misy ciasteczka albo cukierki i często ktoś mówi: „Ale masz świetną kryształową misę”. A ona ma blisko 50 lat! Lubię też szkło i porcelanę. Pod tym względem bardzo dobrze dogadaliśmy się z panem Andrzejem Kareńskim (przedstawicielem marki Rosenthal w Polsce – przyp. red.). Lubię napić się kawy z pięknej filiżanki, najlepiej takiej, która ma swoją historię. Lubię chodzić po antykwariatach. Pan Andrzej Kareński również trochę mnie tym zaraził, opowiadając o swojej ogromnej kolekcji filiżanek.
Kolekcja Pana Andrzeja Kareńskiego robi rzeczywiście ogromne wrażenie. Czy pana własne poszukiwania porcelany też zaczęły już przybierać kolekcjonerski charakter?
Niedawno byłem w Budapeszcie i chodziłem tam po antykwariatach. Co chwilę trafiałem na jakieś stare filiżanki i kilka z nich kupiłem. Mam też filiżanki od pana Andrzeja Kareńskiego, więc rzeczywiście powoli staję się kolekcjonerem porcelany.
Podobają mi się również wazy do zupy. Kiedyś zupa była podawana właśnie w wazie, nie stawiało się na stole garnka. W moim domu rodzinnym wyciągnięcie porcelany oznaczało niedzielę albo święto. Po kościele był rosół i zawsze nalewało się go z wazy. Dlatego porcelana i naczynia są mi bardzo bliskie.
Czyli porcelana ma dla Pana nie tylko wartość estetyczną, ale też emocjonalną – przywołuje dom, niedzielny stół, rodzinne rytuały. Kawa pojawiła się później, ale zajęła w Pana życiu równie ważne miejsce. Jak z fascynacji kawą narodziła się własna marka?
To był splot różnych wydarzeń. Czasem mam wrażenie, że przypadkowych, chociaż mówi się przecież, że w życiu nie ma przypadków. Podobnie było z aktorstwem. Nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Kolega namówił mnie, żebym zdawał do szkoły teatralnej. Ja się dostałem, on nie, chociaż to on był dużo lepiej przygotowany. Właściwie byłem naturszczykiem. Widocznie profesorowie zobaczyli we mnie coś, co można było oszlifować. Z kawą było podobnie. Przyszła pandemia. Aktorzy mieli wtedy bardzo dużo wolnego czasu, bo teatry były zamknięte, plany filmowe nie działały. Siedziało się więc w domu i myślało. Nie tyle o tym, żeby koniecznie wymyślić biznes i zarobić pieniądze, ale żeby stworzyć coś własnego. Pewnego dnia z kolegą, który jest moim menedżerem, rzucaliśmy różne pomysły. Samochody? Nie. I wtedy powiedziałem: „Wiesz co, ja przecież lubię kawę”. Kawa jest dla mnie budowaniem relacji. To spotkania, rozmowy, chwile. Większość ludzi na świecie pije kawę i dla wielu jest ona rodzajem codziennego rytuału. Pomyślałem więc: skoro jestem artystą, zróbmy kawę artystycznie paloną.
Od początku chciał Pan, żeby marka była sygnowana Pana nazwiskiem, czy długo szukał Pan dla niej osobnej tożsamości?
Uznałem, że mam dobre nazwisko, powiem nieskromnie. Chciałem je trochę skrócić i stworzyć nazwę, która będzie z nim związana. Zależało mi jednak, żeby produkt bronił się sam. Nie każdy musi mnie znać, nie każdy musi lubić mnie jako aktora czy osobę publiczną. Wystarczy, że zrobimy naprawdę dobrą kawę i komuś będzie smakowała. Zależało mi też na tym, żeby połączyć przy tym różnych twórców. Dlatego zamieściłem w social mediach ogłoszenie, że szukam ludzi, którzy zaprojektują etykietę i cały branding marki. Odezwało się kilka osób. Wybrałem trzech niezależnych twórców, między innymi z Biłgoraja i Białegostoku. Spotkaliśmy się, powiedziałem, czego oczekuję, i zaczęliśmy pracować. Dostałem kilka propozycji, ale właściwie już pierwsza bardzo mi się spodobała. Była artystyczna, miała w sobie emocje. Pomyślałem: „Mamy to”. I tak powstał brand. Lokalni graficy dostali możliwość zaistnienia przy komercyjnym projekcie, a ja otrzymałem produkt, z którym naprawdę się utożsamiałem.
Projekt opakowania można stworzyć stosunkowo szybko, ale kawa musi się jeszcze obronić smakiem. Kiedy zaczęło się prawdziwe zgłębianie tego świata?
Znaleźliśmy palarnię w Łomiankach. Oni mieli know-how, własną palarnię i doświadczenie. Ja przyszedłem ze swoim pomysłem i środkami. Wspólnie zaczęliśmy rozwijać projekt.
Czy na tym etapie wiedział Pan już dokładnie, jak powinna smakować Pana kawa?
Tego dopiero musiałem się nauczyć. Na początku miałem brand, opakowanie i etykietę, ale czymś trzeba było tę paczkę wypełnić. Zacząłem więc uczyć się od ludzi z palarni. Czytałem o świeżo palonej kawie, poznawałem cały proces. Od pomysłu do wypuszczenia produktu minął mniej więcej rok. W tym czasie podróżowaliśmy, byliśmy między innymi w Etiopii, Brazylii i Kolumbii. Poznałem ludzi związanych z uprawą kawy, zobaczyłem, jak wygląda proces palenia, nauczyłem się palić kawę. Zrobiłem też kurs baristy. Nadal nie potrafię zrobić idealnego serduszka z mlecznej pianki, ale przez ten rok zdobywałem wiedzę, bo zależało mi na wiarygodności. Nie chciałem być kolejnym aktorem, który wykorzystuje nazwisko, wypuszcza jakiś produkt i tak naprawdę nie ma pojęcia, co sprzedaje. Włożyłem w tę projekt dużo serca.
Co było najważniejsze, kiedy marka wreszcie trafiła na rynek: nazwisko, rozpoznawalność czy przekonanie klientów, że kawa obroni się bez nich?
Uruchomiliśmy sklep internetowy i pierwsza partia trafiła do woreczków, a później na stronę. Na początku oczywiście kupowali głównie fani, bo byli ciekawi. Kolejnym etapem było dotarcie do ludzi, którzy nie wiedzieli, kim jestem albo nie interesowali się moją działalnością. Bardzo zależało mi na tym, żeby produkt z czasem bronił się przede wszystkim smakiem i jakością. Kluczowe jest dla nas to, że kawa jest świeżo palona. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak długo kawa dostępna w masowej sprzedaży potrafi wcześniej leżeć w magazynach. Tymczasem zależy nam, żeby klient otrzymywał produkt możliwie świeży. Palimy kawę regularnie, kilka razy w miesiącu, i bardzo pilnujemy ilości. Znamy mniej więcej liczbę stałych klientów, więc staramy się tak planować produkcję, żeby kawa nie zalegała w magazynie. Choć termin przydatności jest dłuższy, najlepiej wypić ją w ciągu kilku miesięcy od wypalenia, kiedy ma najwięcej aromatu.
A gdyby przełożyć ofertę marki na język smaku – między jakimi kawami może dziś wybierać ktoś, kto sięga po ROZNERA?
Między innymi stuprocentową arabikę z ziaren pochodzących z Etiopii i Brazylii. Mamy też mieszankę 70 procent arabiki i 30 procent robusty – bardziej intensywną, mocniej paloną, trochę w stylu włoskiego espresso. W niej wykorzystujemy ziarna między innymi z Indii i Brazylii. Jest też Kolumbia, stuprocentowa arabika, którą przygotowujemy na zamówienie. Ziarna są droższe, a sam proces palenia wymaga odpowiedniej minimalnej partii. Nie chcemy produkować jej na zapas i później sprzedawać kawy, która długo leżała. Zbieramy więc zamówienia i kiedy mamy odpowiednią ilość, palimy konkretną partię.
Kawa i porcelana wydają się wręcz stworzone dla siebie. Czy właśnie ta naturalna bliskość dwóch światów sprawiła, że tak szybko znalazł Pan wspólny język z Panem Andrzejem Kareńskim?
Moje spotkanie z panem Kareńskim było magiczne. Poznaliśmy się w teatrze dzięki wspólnej znajomej. Od razu złapaliśmy dobry kontakt. Pokazał mi przepięknie przygotowany katalog porcelany i natychmiast się w tym zakochałem. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co moglibyśmy zrobić wspólnie i jak to komunikować. Dla mnie, jako Mikołaja Roznerskiego, ale też dla marki ROZNER, możliwość połączenia się z marką Rosenthal jest czymś bardzo prestiżowym. Myślę, że niejedna marka kawowa czy herbaciana chciałaby znaleźć się w takim towarzystwie.
Wspomniał Pan o porcelanie, kryształach i przedmiotach z historią. Czy jest jeszcze coś, na co potrafi Pan „polować” w antykwariatach albo czego ma Pan słabość kolekcjonera?
Bardzo lubię okulary przeciwsłoneczne. Jestem ich ogromnym fanem i często poluję na ciekawe egzemplarze w antykwariatach. Kiedyś udało mi się znaleźć piękne, stare okulary w kolorze butelkowej zieleni, których od dawna już się nie produkuje. Miały prawdziwe szklane soczewki i złote zdobienia. Niestety, ktoś mi je kiedyś podwędził. Takie rzeczy sprawiają mi radość. Podobnie jak filiżanki. Lubię napić się swojej kawy z odpowiedniego naczynia. Mam w domu zarówno porcelanę Rosenthala, jak i stare filiżanki znalezione w antykwariatach.
Skoro odpowiednia filiżanka ma znaczenie, ustalmy też zawartość: jaka jest kawa Mikołaja Roznerskiego w najbardziej osobistej wersji?
Espresso. Podwójne.
Mała filiżanka? Cukier?
Mała filiżanka. Bez cukru. Gęste espresso, niemal jak zupa.
I bez przeciągania chwili – wypite od razu?
Jak najbardziej.
Brzmi szybko, a jednak wcześniej mówił Pan o kawie jako rytuale. Czy celebracja musi oznaczać powolne picie?
Nie. Espresso wypite od razu też może być celebracją. Samo przygotowanie kawy, a potem chwila, kiedy można usiąść i ją wypić, jest dla mnie rytuałem. Najczęściej rano. Kawa bardzo pomaga mi też przy pracy. Na przykład przy „The Floor”, które nagrywamy w Holandii, pracuję po 14 godzin dziennie. To naprawdę intensywne dni.
„The Floor” powstaje w Holandii, a na ten sam plan przyjeżdżają ekipy z różnych krajów. Jak wygląda życie takiej telewizyjnej „fabryki formatów” od środka?
Polscy uczestnicy jadą tam i przez kilka dni mieszkają w hotelu. Wszyscy się zaprzyjaźniają, a jednocześnie później eliminują się nawzajem. To międzynarodowy format. Do Holandii przyjeżdżają ekipy z różnych krajów. Kiedy my kończymy nagrania, następnego dnia może pojawić się na planie prowadzący amerykańską wersję. Zmieniane są tabliczki na garderobach i zaczyna pracować kolejna ekipa. To jest niesamowita przygoda. Bardzo to lubię, choć jest to też niezwykle ciężka praca. Wiele zależy od prowadzącego. Muszę dać energię uczestnikom, panować nad grupą, mieć dowcip, dobre tempo i flow. Jeśli ja „siądę”, oni również stracą energię.
Holenderska ekipa nie rozumie polskiego, ale obserwuje program z boku. Czy emocje na planie są na tyle uniwersalne, że bez znajomości języka wiadomo, kiedy prowadzący ma dobry dzień, a kiedy coś jest nie tak?
Zdecydowanie. W czasie nagrywania jednego z sezonów rozchorowałem się i wszyscy od razu to zauważyli. To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń zawodowych. Ekipa bardzo mi pomagała. Próbowałem nadrabiać energią, ale po oczach było widać, że coś jest nie tak. Na szczęście montaż zrobił swoje i w programie wyglądało to dużo lepiej niż na planie.
Przy czternastogodzinnym dniu zdjęciowym podwójne espresso zaczyna brzmieć jak element produkcji. Ile takich kaw potrafi Pan wypić na planie?
Oni już mnie widzą i od razu przychodzi pani, która się mną opiekuje: „Double espresso, Mikołaj?”. Zdarza się, że do godziny 23 wypiję ich siedem.
Gdyby miał Pan wybrać jeden sposób przygotowania kawy, który daje Panu dokładnie taki smak, jakiego Pan szuka, co by to było?
Ciśnieniowy ekspres kolbowy. To właśnie z niego dostaję taką esencję kawy, jakiej potrzebuję. Lubię też kawiarkę, chociaż kawa z niej smakuje zupełnie inaczej. Ostatnio zainteresowałem się też kawami przelewowymi. Nasza kawa ROZNER nie jest obecnie tworzona z myślą o przelewie, bo kawa do tej metody jest zazwyczaj jaśniej palona, bardziej owocowa i ma wyższą kwasowość. Palarnia, z którą współpracujemy, przygotowuje jednak również kawy pod przelew, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kiedyś powstał także taki ROZNER.
Na koniec wyobraźmy sobie stół, dobrą porcelanę i kawę. Może pan zaprosić na nią dowolne osoby – ze świata kina, teatru czy muzyki. Kto dostałby zaproszenie?
To trudne pytanie, bo takich osób jest kilka. Mogę kategoriami?
Proszę bardzo.
Jeśli reżyser – Martin Scorsese. Jeśli polski aktor – Marcin Dorociński. Bardzo go cenię. Nie miałem jeszcze okazji ani z nim pracować, ani napić się z nim kawy, ale bardzo go szanuję, podziwiam i jestem jego fanem. Jeżeli chodzi o aktora zagranicznego, wybrałbym Anthony’ego Hopkinsa. A ze świata muzyki – Tupaca. Jestem fanem rapu i hip-hopu, a jego szczególnie.
Scorsese, Dorociński, Hopkins i Tupac przy jednym stole – dość niezwykłe towarzystwo?
To prawda. Ale mam też ogromne szczęście pić kawę z moimi najbliższymi i to jest dla mnie bezcenne.














