Prawnik, pasjonat wypraw w góry i biegów maratońskich, kolekcjoner sztuki Andrzej Kwaśnik. Prowadzi kancelarię prawną i skutecznie zaraża pasją kolekcjonerską nie tylko grono przyjaciół i znajomych, ale również i klientów.

Znany francuski krytyk sztuki, dziennikarz i pisarz Pierre Cabanne napisał kiedyś: "potrzeba gromadzenia obrazów jest ściśle związana z instynktem odkrywczym człowieka. Bo czymże są w rzeczywistości dla kolekcjonera te pożądane przedmioty, jak nie wyrazem wiecznej pogoni za sobą samym."

- Dzięki sztuce stworzyłem sobie równoległe życie. Początki budowania kolekcji leżą w niezwykle stresującym charakterze mojej pracy. Poruszanie się po zawiłych ścieżkach polskiego prawa generuje niezwykłe napięcie, na które musiałem poszukać sobie lekarstwa. Z obrazami z kolekcji obcuję również w kancelarii. Zamykam akta i patrząc na ściany gabinetu, wkraczam w przestrzeń sztuki Radka Szlagi, Jarosława Modzelewskiego, Zbigniewa Makowskiego, Zdzisława Nitki czy Erny Rosenstein. To naprawdę niezwykłe...

Zbigniew Makowski, "Moly vocant superi" ("Moly wzywa bogów"), 2003, olej, płótno, 150 x 150 cm.

Czasami, kiedy zdam sobie sprawę z mojego wieku, przypomina mi się niemieckie określenie "auslaufmodell", określające model samochodu, który już przestał być produkowany, ale wciąż jest w użytkowaniu i świetnie się sprawuje. Przychodzi refleksja nad kruchością naszego życia, nad szybkim biegiem czasu. Dlatego stworzyłem sobie kilka światów równoległych, w których się zamykam.

Sztuka nie jest jedynym. Moją pasją są również wyprawy w góry oraz biegi maratońskie. Kiedy przemierzam szlak Orlej Perci w Tatrach Wysokich czy biegnę wyczerpujący maraton, sprawy zawodowe odchodzą na drugi plan. Człowiek nabiera dystansu wobec spraw codziennych. W pewnym sensie owe równoległe światy są pogonią za sobą samym.

Mam wrażenie, że w ostatnich latach kolekcjonowanie lub bardziej inwestowanie w sztukę stało się kwestią mody.

- Moje zainteresowanie sztuką niewiele ma wspólnego z inwestowaniem, jest kilka obrazów, za które przepłaciłem, kilka nietrafionych zakupów, ale się ich nie pozbywam, gdyż darzę je sentymentem. Moje zbiory wynikają głównie z potrzeb osobistych.

A kiedy te potrzeby przerodziły się w proces?

- Można powiedzieć, że zacząłem już w młodości. Tyle że wówczas kolekcjonowałem... albumy o sztuce. Na obrazy nie było mnie stać, a to była potrzeba, której nie mogłem pojąć. Na początku lat 80. założyłem jedną z pierwszych spółek i zarobione wówczas pieniądze (równowartość mojej miesięcznej pensji) postanowiłem przeznaczyć na zamówienie kopii pięknego obrazu XVII wiecznego holenderskiego malarza. To było moje pierwsze "prawdziwe" dzieło sztuki.

Od kopii klasyka po współczesność. To długa droga.

- Dość naturalna. W szkole uczą nas klasyki, tak zresztą jak popularne albumy pełne są reprodukcji wybitnej klasyki światowej. Potem płynnie przyszło zainteresowanie malarstwem polskim, nabyłem obszerną publikację poświęconą jego historii od końca XIX wieku do lat 70. XX wieku. I wreszcie zainteresowanie malarstwem współczesnym. Z jednej strony jest ono trudniejsze w odbiorze, wymaga większej wiedzy i edukacji, wyrobienia oka. Sztuka współczesna jednak oddaje emocje, które nami targają, i ducha czasu, w którym żyjemy.

Obrazy muszą do nas emocjonalnie przemawiać, dlatego w mojej kolekcji nie ma przykładów sztuki obcej, choć ją dobrze znam i cenię. Zbudowałem zbiór wyłącznie z dzieł polskich twórców, zarówno klasyków współczesności: Gierowskiego, Tchórzewskiego, Fijałkowskiego, jak i tych, którzy mimo młodego wieku zdobywają już uznanie.

Czy przy tworzeniu kolekcji miał Pan swojego mentora, osobę, która by doradziła w wyborze? - Podziwiam Jana Michalskiego za dar ciekawego opowiadania o sztuce, cenię Pawła Sosnowskiego. Natomiast uważam, że przy tworzeniu kolekcji najważniejsze jest czytanie, oglądanie i wzięcie odpowiedzialności, czyli kupowanie.

Jarosław Modzelewski, "Ławeczka", 1994, olej, płótno, 60 x 100 cm

Oczywiście na początku nabyłem kilka obrazów za czyjąś namową, których dziś bym nie kupił. Mogę odbyć długą rozmowę ze znawcą, jednak nikt nie może za mnie decydować. Pozyskane informacje muszę przemyśleć, bo to są moje obrazy, mój świat. Myślę, że nic nie zastąpi oglądania i edukowania. Cały czas się uczę, uważam, że jest to jeden z podstawowych celów kolekcjonera. Nie należy poprzestawać na zbieraniu i obcowaniu z wysublimowaną estetyką.

Wielu ludzi z finansowego punktu widzenia mogłoby kolekcjonować dzieła sztuki, jednak istnieje strach przed przekroczeniem progu galerii i podjęciem decyzji o kupnie. Ogranicza ich wciąż nikła znajomość sztuki. Każdy słyszał o van Goghu czy Picassie, ale większość odczuwa strach przed kupnem "prawdziwego" obrazu. Ja byłem w podobnej sytuacji.

Gdy kupowałem dwa pierwsze, a były to dzieła Otto Axera, też miałem obiekcje przed rozpoczęciem rozmowy z pracownikiem galerii, pomyślałem "on ma ogromną wiedzę o historii sztuki, o malarstwie, o rynku, a ja jestem na początku tej drogi". Trzeba jednak ten Rubikon przekroczyć, gdy się to uczyni, łapie się bakcyla.

Kości zostały więc rzucone, a Pan znalazł się w fascynującym wirze sztuki. Czy wybierając dzieła, poddaje się Pan estetycznemu uniesieniu, czy raczej dobiera prace w sposób usystematyzowany i racjonalny?

- Początkowo, kiedy nabywałem obrazy, każdy był ogromną radością. Jednak już przy zakupie setnego dokonuje się przemyślanego wyboru. Wpierw działa się pod wpływem impulsu, później jest to intelektualna decyzja.

Większym sentymentem darzy Pan swoje wybory przemyślane czy spontaniczne?

- Mam prace, które uważam za ulubione, z różnych okresów tworzenia kolekcji, bez znaczenia, co leżało u podstaw ich zakupów. Wiążą się z nimi ciekawe historie.

Jedną z nich jest realizacja Jarosława Modzelewskiego z 2003 roku "Suszarka podsufitowa". Rozmawiałem z artystą i wiem, że z tym obrazem wiąże się historia zmagań artysty z materią malarską. Inny to "Kirchner i Marcela" Zdzisława Nitki. Fascynują mnie niemieccy ekspresjoniści lat 20. XX wieku. Marcela była modelką Kirchnera, ich relacja była bardzo skomplikowana. Raz odwiedziła mnie moja mama, spojrzała na dzieło Nitki i powiedziała: "Synu, ja rozumiem, że na stare lata ci odbija, ale proszę cię, zabierz ten obraz z salonu!". Nie wykazała w tym przypadku zrozumienia, tak więc obraz wisi u mnie na poddaszu.

Kolejna praca tego autora "Wnętrze myśliwskie z obrazami ekspresjonistów" z 1989 roku pojawiła się u mnie w dość zaskakujących okolicznościach. Pewien marszand zadzwonił do mnie o trzeciej nad ranem mówiąc: "Panie Andrzeju, mam bardzo ładny obraz Nitki, jestem w pańskich okolicach." Oczywiście zaprosiłem go do siebie i w środku nocy negocjowaliśmy.

Zdzisław Nitka, "Kirchner i Marcella", 2004, olej, deska, ryt, 152 x 152 cm. Zdzisław Nitka, "Wnętrze myśliwskie z obrazami ekspresjonistów", 1989, olej, płótno, 160 x 200 cm.

Udało się Panu kogoś zarazić swoją pasją kolekcjonerską?

- Zacząłem od mojej wspólniczki, mecenas Joanny Głowackiej. Posiada już ciekawą kolekcję. Wśród klientów trzy osoby zaczęły kupować dzieła sztuki, w tym jedna rodzina niemiecka. Myślę, że moje córki również złapały bakcyla. Wyciągają ode mnie co bardziej interesujące obrazy. Starsza córka zauroczyła się Radkiem Szlagą, ma też dwie prace Nitki. Młodsza natomiast posiada w powierniczym przechowaniu Dawida Czycza, Romana Maciuszkiewicza, Henryka Stażewskiego, Stefana Krygiera.

Wspomniał Pan wcześniej, że zamyka się w swoich światach. Jednak patrząc na zaangażowanie w propagowanie sztuki współczesnej wśród środowiska biznesmenów, nie można mówić o zamykaniu się w sensie dosłownym.

- Według mnie jedną z podstawowych funkcji kolekcjonerstwa jest edukacja. To właśnie ją stawiam na pierwszym miejscu. Trzeba chodzić na wystawy, oglądać prace, wciąż pogłębiać swoją wiedzę na temat sztuki. Poprzez cykliczne, coroczne spotkania, które organizuje nasza kancelaria od sześciu lat, tzw. majówki, pragniemy zarazić naszą pasją grono przyjaciół, znajomych, ale również i klientów.

Na spotkaniach prezentujemy nowe nabytki, bądź poruszamy tematy związane z zagadnieniami sztuki. Towarzyszą im wykłady krytyków i marszandów. Przed dwoma laty pod hasłem poetyki surrealizmu eksponowaliśmy dzieła Zbigniewa Makowskiego, Erny Rosenstein i Jerzego Tchórzewskiego z prelekcją Jana Michalskiego.

Alfred Lenica, bez tytułu, 1966, olej, płótno, 60 x 90 cm

W ubiegłym roku zaprezentowaliśmy twórczość Igora Przybylskiego, tym razem prelekcję miał Grzegorz Borkowski z warszawskiego Centrum Sztuki Współczesnej. W przeszłości pokazaliśmy obrazy Moniki Szwed, Jarosława Modzelewskiego, Zdzisława Nitki. Podobne spotkania zorganizowaliśmy dla przedstawicieli niemieckiego biznesu.

Wydaje się, że na spotkaniach biznesmenów ważniejsza niż wrażliwość estetyczna będzie kwestia wartości dzieła sztuki i inwestowania.

- Nie jest najistotniejsza, ale ten problem się pojawia. Na tegorocznym spotkaniu spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, co wpływa na wartość dzieła i jak się ją tworzy. Zamalowany kawałek papieru, płótna kosztuje nieraz majątek. Wartość dzieła w pierwszej kolejności tworzą kolekcjonerzy, bo rzecz jest tyle warta, ile ludzie chcą za nią zapłacić. Tak jest w każdej dziedzinie czy to w nieruchomościach, czy samochodach. Nawet w mojej działalności, muszę przecież swoją usługę sprzedać za honorarium akceptowalne przez mocodawcę.

Uczestniczyłem kiedyś w spotkaniu, na którym przedstawiono wynik badań dotyczących art bankingu na Zachodzie. Porównano jak kształtowały się ceny dzieł sztuki oraz ceny akcji od 1950 roku. Wyszło, że opłacalność jest porównywalna.

Oczywiście, zachodni rynek sztuki jest już ustabilizowany, czego nie możemy powiedzieć o rodzimym. Nasz dopiero się tworzy, jak mówią prawnicy, znajduje się "in statu nascendi". Pojawiają się niezrozumiałe zjawiska, aukcje zamknięte, ceny kilkakrotnie przekraczające rzeczywistą akceptowalną wartość rynkową.

Kiedyś licytowałem obraz, odpadłem na poziomie wyższym niż wcześniej ustaliłem. Później praca dwukrotnie pojawiła się na rynku za cenę, którą ja licytowałem. Nikt nie chciał jej kupić, więc znakomicie się stało, że jej nie wylicytowałem, czułbym się oszukany. Nie należy spekulować obrazami, ich kupowanie dla zysku może się zemścić. I tu dochodzimy do sedna.

Trzeba podkreślić, że najważniejsze jest obcowanie ze sztuką, jej przeżywanie, wynikający z tego rozwój osobisty - takie budowanie własnego świata, w którym możemy zapomnieć o codzienności.