Siedem lat temu Anna Siedlecka i Radek Achramowicz założyli studio projektowe Puff-Buff Design. W 2004 roku stworzyli własną kolekcję oświetlenia, która stała się ich znakiem rozpoznawczym i przyniosła im wiele międzynarodowych sukcesów. Prezentowana na targach i wystawach wzornictwa, m.in. 100% Design w Londynie, Salone Internazionale del Mobile w Mediolanie, czy Maison & Objet - NOW! w Paryżu, swoją oryginalnością nieustannie budzi podziw zarówno profesjonalistów, jak i prywatnych użytkowników.

Dziś lampy z logo Puff-Buff sprzedawane są w showroomach i galeriach designu w Kanadzie, Arabii Saudyjskiej, Australii, Nowej Zelandii, Włoszech, Holandii, Hiszpanii, Francji i Grecji. Na tym jednak działalność studia się nie kończy, od początku bowiem Anna Siedlecka i Radek Achramowicz postawili na multidyscyplinarny charakter swojej działalności, pracę z różnymi materiałami i w różnych skalach, projektowanie zarówno przedmiotów, jak i przestrzeni. O swojej pracy mówią: "Kładziemy nacisk na elastyczność, transparentność, nowe technologie, nie zapominając o przyjemności i zachwycie, którego źródłem mają być nasze projekty".

Skąd wziął się pomysł na nadmuchiwane żyrandole i parawany?

Anna Siedlecka: Pierwsze eksperymenty z technologią pneumatyczną robiłam jeszcze w czasach studenckich i to wtedy powstała pierwsza lampa nazwana później Puff. Istotą tego projektu było wykorzystanie właściwości powłok PCV i lekkości powietrza. Gdy dołączył do mnie Radek, zaraziłam go swoją pasją i zaczęliśmy eksperymentować razem, zastanawiając się, jak wykorzystać niesamowite możliwości tej technologii, która jest niezwykle wdzięczna, pozwala tworzyć ogromne kompozycje oświetleniowe, niezwykle przy tym lekkie. Jest poza tym przyjazna, miękka, ma trochę dziecięcy charakter, co bardzo nam odpowiada, bo nie lubimy zbyt poważnych rzeczy.

Projektujecie swoje lampy z myślą, by zdobiły mieszkania prywatne czy raczej przestrzeń publiczną?

Są takie, które lepiej nadają się do użytku prywatnego i takie, które architekci wykorzystują przy realizacjach większych obiektów, we wnętrzach publicznych. W mieszkaniach najlepiej sprawdzają się lampy Puff, Orka i żyrandole Lullaby, podobnie jak żyrandole bąbelkowe Bubbles, które długo wisiały w naszym własnym domu. Są świetne jako źródło światła wypoczynkowego - wieczorem bardzo przyjemnie się przy nich siedzi.

To, co robicie, cieszy się w tej chwili uznaniem już chyba na całym świecie. W jaki sposób udało się Wam zbudować pozycję na rynkach zachodnich w warunkach tak niesamowitej konkurencji?

Gdy zaczynaliśmy, w polskim wzornictwie niewiele się działo. Samo słowo design było nie do końca rozumiane, było odbierane jako synonim luksusu dla wybranych. Doszliśmy więc do wniosku, że jeśli chcemy się zajmować wzornictwem i z niego utrzymać, powinniśmy zacząć od rynków zachodnich, bo tam konsumenci są w stanie docenić nasze projekty i je kupić. Pojechaliśmy więc do Mediolanu, żeby zaprezentować swoje pomysły szerszej publiczności. Próbowaliśmy nawet robić coś wcześniej w Polsce, ale była to orka na ugorze…

Jeżdżenie z projektami do Włoch nie jest przypadkiem wożeniem drzewa do lasu?

Niekoniecznie, bo jeśli przyjrzeć się uważnie temu, co robią młodzi projektanci włoscy, da się zauważyć, że trochę zaczęli gonić w piętkę. Powtarzają się, robią nikomu niepotrzebne dziwne przedmioty, gdy tymczasem Europa Wschodnia, czyli my, wnosi powiew świeżości, czegoś nowego, co bardzo się na Zachodzie podoba. Wiele osób z Londynu czy Paryża mówi nam, że polskie wzornictwo jest wynalazcze, innowacyjne, że potrafimy zrobić coś z niczego. Być może nauczyliśmy się tego w czasach komunizmu, gdy trzeba było wszystko zdobywać i wykazać się bardzo twórczym podejściem do życia. Tak czy inaczej świat designu to docenia.

Czy żeby zaistnieć na tamtym rynku wystarczy być zdolnym twórcą?

Sam talent nie wystarczy, trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie i jak się pokazać. Wymaga to wiele wysiłku i miesięcy przygotowań. Żeby pojechać na targi, trzeba się czasami wręcz zapożyczyć. Młodzi projektanci z przyczyn oczywistych boją się tego, ale bez tego rodzaju inwestycji nie ma szans, by zaistnieć za granicą. Jeśli chodzi o umiejętności marketingowe, jesteśmy samoukami, zaczynaliśmy z bardzo bladą znajomością rynku i wszystko przećwiczyliśmy na własnej skórze. Dziś wiemy, że najważniejsze jest to, by mieć jakiś plan, pomysł na siebie. Ważne jest też, by się czymś wyróżniać. Nie ma sensu robić następnego podobnego projektu czy produktu, takie naśladownictwo mija się z celem. Design jest w końcu poszukiwaniem nowych rozwiązań.

Dla kogo tworzycie swoje projekty? Jak wyobrażacie sobie ich użytkownika?

To ktoś, kto ma poczucie humoru, kto poszukuje czegoś nowego, z przymrużeniem oka. Ktoś, komu może znudził się już włoski design i lampy, które wiszą u wszystkich znajomych, lub - patrząc z drugiej strony - nie chce dłużej kupować wszystkiego w IKEA...

Czy myślicie o rozszerzaniu swojej działalności?

Cały czas jesteśmy zafascynowani możliwościami technologii "nadmuchiwanej". Na pewno nadal będziemy rozwijać dział oświetleniowy, ale rozważamy nowe możliwości. Na przykład rozmawiamy w tej chwili o współpracy z bardzo ciekawą firmą holenderską specjalizującą się w nadmuchiwanych meblach. Być może na początek pokażemy coś razem w Mediolanie. Poza tym znajdujemy odskocznię w działalności architektonicznej, a także w tym, co projektujemy dla innych firm. Tworzyliśmy już projekty mebli, butów, a nawet… lodów "dla dwojga" dla Nestle.

Lista Waszych sukcesów międzynarodowych jest długa i naprawdę imponująca. Z czego jesteście dumni najbardziej?

Z tego, że udało się nasze pomysły nie tylko przekuć na produkty, lecz także samodzielnie wyprodukować i sprzedać, choć jesteśmy designerami, a nie handlowcami. Z tego, że stworzyliśmy swoją firmę od podstaw, bez żadnych kredytów, pomocy, znajomości, że udało nam się wypromować swoją markę za granicą. Ciężko na to pracowaliśmy. Teraz w Polsce wiele się dzieje w dziedzinie designu, rodzą się nowe możliwości, ale gdy my zaczynaliśmy w 2003 roku, wyglądało to zupełnie inaczej. Nasze najnowsze plany to zdobycie rynku japońskiego - już zaczęliśmy sprzedawać tam pierwsze produkty i mamy nadzieję, że niebawem wszystko ruszy pełną parą. A póki co, wysyłamy nasze lampy na Expo do Szanghaju, do polskiego pawilonu.