Kiedy urządzono w Berlinie pierwszą jego wystawę Edwarda Muncha, wybuchł skandal. Krytycy pisali, że maluje on bohomazy mające niewiele wspólnego ze sztuką. Ekspozycję zamknięto. Gdyby tylko wiedzieli, że ponad sto lat później jego obraz "Krzyk" osiągnie zawrotną cenę stu dwudziestu milionów dolarów, stając się tym samym najdrożej sprzedanym na aukcji dziełem sztuki...

Pisarz i duchowy przywódca Młodej Polski Stanisław Przybyszewski pisał: "Chryste Panie! Co się wtedy działo w Berlinie! Nazwisko Muncha (...) stało się teraz przeraźliwie popularnym. W ciągu trzech tygodni, jak długo wystawa jego obrazów trwała, rżała, ryczała ze śmiechu (...) cała tak zwana inteligencja Berlina". Przybyszewski poznał Edwarda Muncha pod koniec 1892 roku. Obaj byli stałymi bywalcami słynnej winiarni Pod Czarnym Prosiakiem - miejsca spotkań berlińskiej bohemy. Młodego Polaka od razu zafascynowała zarówno twórczość Edwarda Muncha, jak i jego osobowość.

We wspomnieniach zatytułowanych "Moi współcześni" wyznał: "Rzadko łączyło mnie z którymkolwiek artystą tak bliskie duchowe spokrewnienie, jak właśnie z Edwardem Munchem - i na odwrót - sam to bezustannie podkreślał"”. Na pewno mieli podobny rodzaj wrażliwości i… gust w kwestii kobiet. Zresztą wybrance obu ich serc trudno było się oprzeć. Dagny Juel, gwiazda norweskiej cyganerii, ekstrawagancka, zmysłowa, inteligentna, przybyła do Berlina jako przyjaciółka swojego rodaka, Edwarda Muncha.

Obraz Edwarda Muncha Krzyk

"Krzyk", 1893, tempera, pastel, karton, 91 x 73,5cm,
National Museum of Art, Architecture and Design, Oslo,
© Munch Museum/Munch-Ellingsen Group/BONO,
Oslo 2012, fot. © Børre Høstland, National Museum

Potem był między innymi szwedzki dramaturg August Strindberg, który do końca życia nie mógł się pogodzić, że go odtrąciła - ponoć był dla niej za stary i za gruby. W odwecie nazywał ją żmiją i dziwką. O jej uroku najlepiej jednak może zaświadczyć to, że nie oparł mu się nawet zadeklarowany homoseksualista, botanik Bengt Lidforss. Ostatecznie Dagny została żoną Przybyszewskiego, niestety tylko na osiem lat - zginęła zastrzelona przez zazdrosnego wielbiciela, a przy tym przyjaciela rodziny, księcia Władysława Emeryka, który potem odebrał życie także sobie. Wszystko odbyło się zatem jak najbardziej w stylu epoki- była miłość, zazdrość, sztuka i obowiązkowy trup.

Podobnie jak w sztuce Edwarda Muncha, w której - poza twórczością portretową - dwa główne wątki, to właśnie miłość i śmierć. Obecności tej ostatniej doświadczał od dzieciństwa. Gdy miał pięć lat, na gruźlicę zmarła jego matka, potem zaś piętnastoletnia siostra. Pisał: "Matka, która umarła młodo, dała mi podatność na gruźlicę; pobudliwy ojciec, pobożny aż do szaleństwa (…) dał mi ziarna obłędu... Od momentu mojego urodzenia anioły trwogi, niepokoju i śmierci stały u mojego boku... Często budziłem się w nocy, i wytrzeszczając oczy w pokój, pytałem siebie przerażony: ‹‹Czy ja jestem w piekle?››".

Lęk ten najdosadniej chyba wyraża najsłynniejsza praca artysty - obraz "Krzyk", będący jednym z najbardziej znanych dzieł wszech czasów, który zainspirował między innymi Wesa Cravena - seria jego horrorów nosi tytuł "Krzyk", a morderca Ghostface ma maskę o formie nawiązującej do postaci z dzieła Edwarda Muncha.

A miłość? Realizowała się raczej w jego sztuce niż w życiu. Prace Edwarda Muncha wypełniały rozerotyzowane kobiety w typie femme fatale, adorowane przez pognębionych i zazdrosnych mężczyzn. W życiu malarz zachowywał wobec nich raczej pewną powściągliwość. Co prawda było ich trochę, ale bardziej na dystans lub o nie do końca jasnym statusie. Pierwszą ważną kobietą była cztery lata od niego starsza znana flirciara Emilie Thaulow. Edward Munch był bardzo zakochany, ale bał się jej męża, lekarza polowego, który - jak przypuszczał - w razie czego nie zawaha się użyć sztyletu.

Milly miała za to nie lada uciechę z tego trójkąta. Raz umówiła się z Edwardem Munchem na wystawie i na to spotkanie wysłała… swojego męża. To ona ukształtowała pojawiający się potem w pracach Edwarda Muncha wzorzec miłości, w której stroną dominującą jest kobieta. Choć Milly sama w jego pracach pojawia się dość rzadko. Częściej swoim bohaterkom nadawał rysy i ognisty kolor włosów Dagny Juel, która występowała na nich jako Madonna, Salome czy wampir. Za to udręczonym mężczyzną często bywa jej mąż, Przybyszewski. Władysława Jaworska pisze, że w obrazach Edwarda Muncha, w których pojawia się "męska postać poddana psychopatycznym udrękom bólu i cierpienia, na pograniczu zabójstwa i samobójstwa, a rysy jej są w ogóle rozpoznawalne, jest to zawsze postać Przybyszewskiego".

Kobiety przegrywały jednak ze sztuką i… marzeniami o czystej, wielkiej miłości. Do jednej ze swoich kochanek, początkującej artystki Tulli Larsen, Edward Munch pisał: "To była straszna walka między miłością do mojej pracy a miłością do Ciebie - Mam bardzo mało sił cielesnych (…) - Ty zaś za bardzo jesteś kobietą, byś zadowoliła się połową miłości" i w innym miejscu: "Mam uczucie, że nie jestem tym mężczyzną, który zdoła Cię zadowolić przez dłuższy czas. Ty ze swoją świeżą zdrową naturą - swym gwałtownym żądaniem miłości (…). Nie wychodzę z Twoich objęć wzmocniony. Tak jakbym za każdym razem musiał oddawać Ci swoją siłę - stąd również moja wielka słabość… Często tęskniłem za tym, co nazywam miłością siostrzaną - często wątpiłem w Twoją miłość do mnie - sądziłem, iż tkwi ona raczej w zmysłach".

Obraz Edwarda Muncha Wampir w Lesie
"Wampir w lesie”, 1916–1918, olej, płótno, 150 x 137
cm, Munch Museum, Oslo, © Munch Museum/
Munch-Ellingsen Group/BONO, Oslo 2012,
fot. © Munch Museum

Aż trudno uwierzyć, że tego rodzaju zarzuty może stawiać mężczyzna. Ponoć, jeśli chodzi o morale, to - w przeciwieństwie do większości towarzystwa przesiadującego Pod Czarnym Prosiakiem - Edward Munch był dość konserwatywny, a jego udział w ekscesach tamtejszej bohemy polegał raczej na obserwacji. Chcąc być w porządku wobec Tulli Larsen, zaproponował jej małżeństwo, które uchroniłoby ją przed plotkami, a także

potępieniem ze strony rodziny. Oczywiście artysta zastrzegł, że będzie miało ono charakter przyjacielski, a żona na konsumpcję nie ma raczej co liczyć. Za to on liczył na jej pieniądze (pochodziła z dobrze sytuowanej kupieckiej rodziny), które miały poprawić jego nieciekawe położenie finansowe.

Edward Munch bardzo długo miał problemy z pieniędzmi. Próbował utrzymywać się ze sztuki, ale sprzedawał mało. Jakoś sobie radził dzięki wsparciu rodziny i pożyczkom przyjaciół, szukał mecenasów. Raz budżet artysty został podratowany za sprawą wybuchu na parowcu, którym wracały z wystaw w Monachium i Wiedniu prace Edwarda Muncha. Szczęśliwie, wśród zniszczonych obrazów jeden był ubezpieczony. Innym razem, gdy rozliczał się z reprezentującą go w Hamburgu galerią, okazało się, że to on musi zapłacić ponad dwa tysiące marek. Co prawda galeria sprzedawała jego obrazy, ale pobierała też piętnaście procent od wszystkich innych zleceń realizowanych poza jej pośrednictwem.

Narzeczona zgodziła się na specyficzne warunki, jakie postawił Edward Munch. Była zakochana po uszy i bardzo zdeterminowana. Jednak on zaczął się wycofywać. Gdy próbowała załatwić formalności związane ze ślubem obcokrajowców w Niemczech, Munch zgubił przesyłane do podpisu dokumenty. Ich związek zaczął przypominać zabawę w chowanego: on uciekał przed nią, jeżdżąc - notabene za jej pieniądze - po Szwajcarii i Włoszech, a ona próbowała go szukać. Trzy lata później sytuacja nie uległa większej zmianie.

Tulla, wyczerpana ciągłymi polowaniami na narzeczonego, postanowiła otruć się morfiną. Uratowano ją sześcioma filiżankami kawy i zawezwano do niej Edwarda Muncha, który z narzeczeńskich pertraktacji wyszedł z przestrzeloną dłonią. Co się stało, do końca nie wiadomo. Mówiło się, że albo chciał powstrzymać Tullę przed kolejną samobójczą próbą, tym razem przy użyciu rewolweru, albo sam się postrzelił, być może przez przypadek, bawiąc się bronią. On nic nie pamiętał. W każdym razie kobietę to otrzeźwiło i pchnęło w ramiona dziewięć lat młodszego malarza.

Edward Munch z czasem zaczął głosić teorię spiskową, że cała ta historia z morfiną i bronią była ukartowana, żeby kochankowie mogli się go pozbyć i być razem - jak się potem okazało, oczywiście niesłuszną. Edward Munch miał specyficzny tryb pracy. Dużo mówił. Najpierw długo się przyglądał, a potem szybko malował, często kładąc farbę bezpośrednio z tubki na płótno. Jeden ze zleceniodawców pisał, polecając jego usługi znajomym: "Najlepiej pozwolić mu robić, co chce. Wtedy powoli zaczyna tajać, jego skandynawska chłodna rezerwa przemija. Ma się wówczas do czynienia ze wspaniałym, ciekawym, kulturalnym, (...) niezwykle filozoficznie usposobionym człowiekiem i zaczyna się go cenić. Munch potrafi tygodniami obserwować, nie dotykając płótna pędzlem".

Obraz Edwarda Muncha Dziewczeta na moscie
"Dziewczęta na mościeˮ”,1901, olej, płótno, 136 x 125
cm, National Museum of Art, Architecture and Design,
Oslo,© Munch Museum/Munch-Ellingsen Group/BONO,
Oslo 2012, fot. Børre Høstland, National Museum

Był już wtedy po czterdziestce, w ojczystej Norwegii nikt nie zachwycał się ekspresjonistyczną sztuką Edwarda Muncha, lepiej odbierano go w Niemczech. Główne źródło jego dochodów stanowiły wówczas tworzone na zamówienie portrety. Podczas malowania dużo pił i palił. Poza tym często miewał również problemy z nerwami. Konsekwencje tego ponosili nawet dość przypadkowi ludzie. Pewnego Holendra, z którym jadł śniadanie w domu uzdrowiskowym, chciał przekonać, że potrafi wprowadzić go w stan hipnozy. Wybrał przy tym dość ciekawą metodę. Zrobiwszy mieszankę z musztardy, tytoniu i octu, kazał Holendrowi to wypić, grożąc, że jeśli tego nie zrobi, zostanie zastrzelony na miejscu.

Innym razem na skutek ataku nerwicy Edward Munch stracił na jakiś czas mowę i doznał paraliżu… prawego pośladka. Poza tym ciągle wietrzył jakieś spiski, oskarżał o kradzieże, głównie własnych pieniędzy i obrazów, wysyłał obraźliwe kartki pocztowe do nieżyczliwych krytyków. Nękały go manie prześladowcze i urojenia. W końcu zabrano go do szpitala psychiatrycznego. W hotelu w centrum Kopenhagi wydawało mu się bowiem, że pod oknami jego pokoju tłum Norwegów wykrzykuje: "Gówniany malarz Munch!". Co ciekawe, właśnie wtedy jego twórczość zyskała oficjalne uznanie. Urządzono mu duże wystawy jego nowoczesnego malarstwa w Kopenhadze i Helsinkach, wziął udział w wystawie secesji w Berlinie, jego prace pokazano także w rodzimej Kristianii (obecnie Oslo).

Krytycy byli zachwyceni, jeden z nich napisał: "Ta cudowna powódź barw, ten zbytek, tak bogaty przejaw zdolności twórczych, niczym radosny znak samo-uzdrawiającej mocy mistrza. Gdy człowiek przyjdzie tu z szarego miasta, przywykły do oglądania szaro-słodkiej, wyelegantowanej sztuki (...) wtedy wystawa Muncha (...) jest niczym pełna radości powtórka chrzcin dla zmysłu wzroku".

Niedoceniany i nierozumiany przez tyle lat w ojczyźnie Edward Munch stał się czołowym malarzem Norwegii, młodego państwa, które właśnie wyzwoliło się spod wpływów Szwecji. Otrzymał najwyższe norweskie odznaczenie - Królewski Order Świętego Olafa i honorowe członkostwo Akademii. Zyskał państwowe zlecenia, uznanie i duże pieniądze. Kupił gospodarstwo, samochód (w 1921 roku!), wspierał biednych malarzy, zwłaszcza niemieckich, gdyż schlebiało mu, że inspirowali się jego twórczością. Przestał pić, więc i układ nerwowy miał w nieco lepszym stanie, podróżował po Europie.

Jedyne, co tak naprawdę mu dokuczało, to podatki i sława. Na te pierwsze nie mógł nic poradzić, natomiast na zmęczenie popularnością pomogło zaświadczenie lekarskie, które wymógł od jednego z niemieckich lekarzy. W zaświadczeniu stwierdzono ogólne osłabienie Edwarda Muncha, niepozwalające na prowadzenie interesów i życia towarzyskiego. Sztuką zajmował się jednak do ostatnich lat życia (zmarł w 1944 r.). Z pewnością dopingowały go do tego młodziutkie modelki, którymi się otaczał na starość.

W tym roku mija 150. rocznica urodzin artysty. Z tej okazji przygotowano bogaty program obchodów Jubileuszowego Roku Muncha 2013, zatytułowany "Munch 150". Odbędzie się m.in. wielka wystawa twórczości malarza w Muzeum Narodowym i Muzeum Muncha w Oslo (1.06 - 13.10), a także liczne ekspozycje poza Skandynawią (szczegóły na stronie www.munch150.no).