Franciszek Starowieyski to jeden z lepiej rozpoznawalnych polskich artystów. Równie słynne jak jego prace są skandale, które wywoływał, i legenda, jaką wokół siebie roztaczał. Prace postarzał o 300 lat. Synowi dał na imię Belzebub. Esteta, kolekcjoner, gawędziarz. Do tego dosadny, podobnie jak jego prace.

Na polu chwały Franciszek Starowieyski
"Na polu chwały", film produkcji radzieckiej, 1958, offset, papier, 58,5 x 83,5 cm, dzięki uprzejmości Muzeum Narodowego w Krakowie

Jako młody mężczyzna Franciszek Starowieyski był szalenie przystojny i wysportowany. W 1955 roku dostał się do finału konkursu Mister Polski. Szpanował swoją sprawnością przed kobietami i odstraszał zbirów. Ponoć był nawet kaskaderem! Uwielbiał prowadzić samochód, ćwiczył poślizgi, brał ostre zakręty. Jego sztuczki robiły wrażenie.

Opowiadał, że kiedy pewna dziewczyna, rzuciwszy go, odjechała taksówką, postanowił ją dogonić, a żeby skrócić sobie drogę, skoczył z mostu Poniatowskiego. Wylądował tuż przed taksówką, przyprawiając niemal o zawał serca i dziewczynę, i taksówkarza.

Ale artysta w dzieciństwie był słabeuszem, wyśmiewanym i poszturchiwanym przez rówieśników. Postanowił więc trenować. Ćwiczył w lesie, w tajemnicy, uczył się walki, aż udało mu się pokonać największego siłacza w szkole. Odtąd biegał, skakał, jeździł na nartach, uprawiał boks, podnosił ciężary. I chociaż deklarował, że bliższa mu była hellenistyczna idea sportowca niż postawa zwykłego zabijaki, potrafił przywalić lub skutecznie powywijać szabelką, jeśli uznał, że zachodzi taka potrzeba.

Zbuntowana orkiestra Franciszek Starowieyski
"Zbuntowana orkiestra", komedia produkcji holenderskiej, 1960, litografia, papier, 58,5 x 84,5 cm, dzięki uprzejmości Muzeum Narodowego w Krakowie

Wspominał historię z nowojorskiego Antiques Center, gdy w jego obecności nagle wkroczyło doń pięciu zamaskowanych i uzbrojonych Murzynów. Zaczęli grabić jedno ze stoisk z biżuterią, a wtedy Starowieyski chwycił leżącą obok na stoisku z bronią długą szablę i jął tak nią operować, że obu napastników pozbawił pistoletów, w tym jednego łącznie z palcem. Ponoć jeszcze tego samego dnia w popołudniowym wydaniu jednego z dzienników ukazał się opisujący to zajście artykuł o wymownym tytule: "Ratuj się kto może, Polak z szablą!".

Na ile te wszystkie barwne opowieści, których bohaterem był Franciszek Starowieyski, są konfabulacjami, trudno dziś ocenić. Wiadomo skądinąd, że ich autor znany był z tego, że kreował własną legendę i starannie pracował nad wizerunkiem. Elementem tej autokreacji był z pewnością także pseudonim artystyczny Jan Byk, powszechnie interpretowany jako wyraz siły fizycznej. Twórca zarzekał się jednak, że było to po prostu najkrótsze imię i nazwisko, jakie przyszło mu do głowy, a przy tym bardzo proletariackie. Zupełnie inne od oficjalnego: Franciszek Andrzej Bobola von Biberstein Starowieyski.

Pochodził ze szlacheckiej, choć zubożałej rodziny. Był z tego dumny i pielęgnował wszystkie rodzinne legendy. Do przeszłości miał zresztą specjalny sentyment. Od najmłodszych lat zajmował się zbieractwem. Wspominał, że obiektem, który zapoczątkował jego zbiór, był kawałek skorupki z dworu Mycielskich w Wiśniowej. Na skorupce widniał... faun ze sterczącym przyrodzeniem!

Iluminacja Franciszek Starowieyski
"Iluminacja", film Krzysztofa Zanussiego, 1973, offset, papier, 80,5 x 57,5 cm, dzięki uprzejmości Muzeum Narodowego w Krakowie

Kolekcję Starowieyski miał imponującą. Jak sam przyznawał, zbierał wszystko, co było do zbierania. Po prostu kochał przedmioty, lubił je pokazywać i się nimi otaczać. Przed snem zwykł był brać ze sobą do łóżka jakiś nowo nabyty okaz, żeby się nim nacieszyć.

We wstępie do katalogu wystawy "Kolekcja rodziny Starowieyskich" napisał: "Pamiętaj człowieku, jesteś tylko epizodem w życiu przedmiotu". Szczególnie interesowały go starodruki, zegary, broń i chińszczyzna. O przedmiotach mógł opowiadać godzinami, także w telewizji czy na łamach prasy. Chciał uchodzić za speca od wszelkich staroci i rzeczywiście oko do nich miał dobre, ale atrybucje, jakie im przypisywał i całe historie, które wokół nich tworzył, nierzadko miały charakter jedynie życzeniowy.

Nie zmienia to faktu, że kolekcję miał imponującą. Może trudno w to uwierzyć, ale trzymał ją w mieszkaniu na warszawskiej Sadybie, na 100 metrach kwadratowych, z czego połowę stanowiła pracownia. Kiedy się tu wprowadził, na jednym z bloków wywiesił czterometrową trupią czaszkę, a potem sprowokował przeciwko sobie proces, który przegrał z administracją. Chciał w ten sposób rozpocząć dyskusję na temat architektury osiedli.

Znany był z takich niekonwencjonalnych zachowań. Gdy urodził mu się pierworodny syn, poszedł do urzędu stanu cywilnego, żeby go zarejestrować. Jako imiona podał Antoni Belzebub. Co prawda urzędniczka próbowała się upewnić, czy jest takie imię jak Belzebub, ale w końcu zarejestrowała dziecko zgodnie z życzeniem ojca. Ten żart bardzo nie spodobał się bratu artysty Markowi Starowieyskiemu, który był księdzem (a później profesorem).

Franciszek Starowieyski podczas Teatru Rysowania
Franciszek Starowieyski podczas Teatru Rysowania, 1692 (1992), wydruk, papier, 100 x 70 cm, do pracy doklejona oryginalna nitka z 17. Teatru Rysowania, Desa Unicum, Warszawa, 16.02.2012, estymacja 500-1000 zł, sprzedane za 650 zł

Przez pięć lat nie można było ochrzcić chłopca. W końcu udało się sprawę załatwić i z Antoniego Belzebuba malec stał się Antonim Franciszkiem. Imię to zresztą wybrał sobie sam, zafascynowany ekscentrycznym ojcem, w którego ślady potem poszedł, zostając artystą.

Franciszek Starowieyski był także aktywnym propagatorem naturyzmu. Pisał: "Ludzie nie rozbierają się, by pokazać kutasy czy cycki, ale po to, by zrzucić z siebie pęta cywilizacji. Zauważyłem to na plaży nudystów". Był nawet jednym z twórców takiej plaży w Warszawie, która, jak wspominał, uchodziła za: "największy salon stolicy, jedyne miejsce, gdzie Warszawa zachowywała się w sposób cywilizowany. (...) Chodziłem tam chłonąć tę godność ludzi, którzy pokazywali się w stroju znacznie bardziej ceremonialnym niż frak".

Nagość lubił i chętnie ją przedstawiał, zwłaszcza kobiecą. Damy podobały mu się bez względu na gabaryty. I choć żonie kazał chudnąć, rysował głównie panie pulchne, w guście raczej barokowym. Była to wszak jego ulubiona epoka. Swoje prace datował odejmując 300 lat. Faktycznie bliżej im do ulubionego przez niego XVII wieku niż do współczesności.

Właściwie ciągle pozostawał nieco z boku. Nie potrafił odnaleźć się ani w ówczesnej rzeczywistości, ani wpisać się w żaden z obowiązujących nurtów artystycznych. Jego droga do sztuki była zresztą długa. Z akademii wyrzucano go ponoć jedenaście (!) razy. Kiedy był na pierwszym roku studiów jego pracami zainteresował się sam Tadeusz Kantor - bożyszcze młodzieży. 

Franciszek Starowieyski tworzył wtedy instalacje, próbował robić rzeźby z... dymu. Jak sam przyznawał, malarstwo jakoś mu nie szło, sprawiało mu problemy techniczne. Za to fascynowała go grafika, zwłaszcza plakat, który dawał mu możliwość swobodnej wypowiedzi. Potem zwrócił się w stronę rysunku.

W 1980 roku wymyślił ekshibicjonistyczny Teatr Rysowania, w ramach którego na oczach zgromadzonej publiczności, z towarzyszeniem muzyki i literatury, tworzył wielkoformatowe prace. Na sobie miał spodnie przepasane sznurem, z którego odcięto wisielca. Tak przynajmniej twierdził ten jeden z bardziej ekscentrycznych rodzimych artystów XX wieku.

Do 19 stycznia w Muzeum Narodowe w Krakowie na wystawie "Franciszek Starowieyski (1930-2009). Wirtuoz formy" można oglądać jego plakaty filmowe. Zmarł pięć lat temu, ale jego legenda i dzieła ciągle trwają.

tekst: Małgorzata Stalmierska; zdjęcia: Muzeum Narodowe w Krakowie, Desa Unicum