Wychowałem się w domu, w którym najcenniejszymi przedmiotami były książki. Wcale nie były to ani białe kruki, ani kosztowne albumy czy oprawione w popękaną skórę starodruki. Były to zwyczajne książki z księgarń lub antykwariatów -  przeważnie mniej lub bardziej ambitna beletrystyka.

Zapełniały każdą półkę, wolne kąty, pawlacz, a nawet pojemnik na pościel w kanapie. Moja mama czytała bardzo dużo i tym czytaniem dość wcześnie zaraziła także mnie. Czasami rozrabiałem - od czasu do czasu zdarzyło mi się coś w domu zniszczyć. Jeśli potłukłem lampę lub wazon, mama ograniczała się do pogrożenia palcem, ale podartą, pomazaną czy pociętą książkę przypłacałem solidną burą i szlabanem na telewizję. Nauczyłem się więc szanować książki, a nawet je czcić.

Pamiętam, że gdy w mojej podstawówce wprowadzono obowiązkową zbiórkę makulatury i zobaczyłem, że kilkoro dzieciaków w powiązanych sznurkiem paczkach razem z gazetami przyniosło książki, przeżyłem całkiem silny szok. Książek w moim domu się nie wyrzucało - w ostateczności oddawało się je do biblioteki lub sprzedawało w antykwariacie.

Dziś książki są towarem znacznie łatwiej dostępnym niż w czasach mojego dzieciństwa i o wiele mniej szanowanym. Pojawiły się pocketbooki, czyli kieszonkowe, "jednorazowe" wydania powieści, nie sposób wyśledzić choćby części literackich premier, bo do księgarń nowe tytuły trafiają codziennie.

Zdaję sobie sprawę, że nie ma mowy o tym, aby przechowywać wszystkie kupione i przeczytane książki, tym bardziej że spora ich część po prostu nie zasługuje na to, aby je w domach magazynować. Co robić? Wyrzucać? Czasami nie ma innego wyjścia, bo sam się przekonałem, że dziś nawet biblioteki nie chcą ich przyjmować. Ale jak to tak? Wyrzucić książkę do śmietnika? Silnie wpojone przeświadczenie o wartości książki jako takiej przetrwało we mnie ten trwający od kilkudziesięciu już lat księgarski boom. Co więc robić z tonami niepotrzebnych, niechcianych tomów?

Pojawiła się grupa artystów, którzy zupełnie niezależnie od siebie postanowili wymyślić sposób na recykling książek, zamieniając je w coś zupełnie innego, a ja z pełną fascynacji zgrozą zacząłem przyglądać się ich dziełom. Dla niektórych twórców książki stały się tworzywem, z którego konstruują sztukę użytkową. Brytyjska projektantka Lucy Norman ze studia projektowego Lula Dot wymyśliła książkowy żyrandol. Książkowe lampy i kinkiety projektują także Michael Bom i Antoinet Deurloo z firmy Bomdesign.

Inna Angielka, Laura Kahill, zadebiutowała na wnętrzarskim rynku, prezentując serię… wazonów z książek. Najpierw wycina w nich profil wazonu przy pomocy wyrzynarki (!!!), a następnie książkę rozkłada i skleja ze sobą zewnętrzne strony okładek. W ten sam sposób skonstruowała także podstawę lampy stojącej swojego projektu. Zbrodnia czy chwalebny recykling? Sam nie wiem…

W poszukiwaniu kolejnych przykładów książkowych transformacji trafiłem na innych twórców - tym razem adeptów sztuki ambitnej. Odetchnąłem z ulgą. Jonathan Calan buduje z książek rzeźby, niektóre ogromne. Traktuje książki jak miękkie cegły, z których wznosi swoje amorficzne, bajecznie kolorowe mury.

Na jeszcze większą skalę działa Alicia Martin, która w hiszpańskiej Kordobie, w ramach tworzenia atrakcji turystycznych i promowania regionu, wykonała z 5000 niepotrzebnych książek ogromną instalację zatytułowaną "Biografie".

Jacqueline Rush Lee natomiast przerabia książki na kwiaty. Poddane skomplikowanym procesom barwienia i nadpalania, uformowane i utrwalone przy pomocy klejów i żywic, stają się roślinnymi rzeźbami, za które wielbiciele twórczości artystki płacą krocie (jedna z jej książkowych roślin niedawno została zakupiona za trzy i pół tysiąca dolarów).

Nicolas Galanin i Robert The rzeźbią w książkach niczym w kawałkach drewna - nie bez znaczenia dla obu tych artystów jest także treść i temat materiału.

Lucille Moroni wymyśliła wariant książkowego origami - jej dzieła przypominają średniowieczne kryzy arystokratów.

Jednak najbardziej spodobały mi się prace Briana Dettmera i Georgii Russel. W przypadku obojga tych artystów można mówić o miłości i o poszanowaniu dla książek. Brian Dettmer przeprowadza na książkach sekcję. Odsłania ich wnętrza, otwierając je przy pomocy skalpela i introligatorskiego noża, i wydobywa na światło dzienne najważniejsze dla niego detale i słowa, zachowując przy tym kształt tomów.

Zupełnie inne, choć równie urzekające, podejście do książkowego tworzywa ma Georgia Russel, która pracowicie i precyzyjnie uwalnia strony z zamykających je okładek. Jej prace podobne są do ptaków - drobno pocięte, ażurowe, pierzaste i delikatne stronice wyfruwają na wolność. Dzięki Georgii Russel każda książka, nawet najsłabsza czy grafomańska, może stać się prawdziwym dziełem sztuki.