Twórczość Balthusa uważana jest za bardzo zmysłową, dwuznaczną, a nawet ocierającą się o pedofilię. On jednak konsekwentnie podkreślał, że jest malarzem religijnym, a przybierające prowokacyjne pozy nimfetki z jego obrazów to po prostu anioły.

Balthus Marząca Thérèse
"Marząca Thérèse", 1938, olej, płótno, 150 x 130 cm, The Metropolitan Museum of Art, Jacques and Natasha Gelman Collection, 1998, © Balthus

Balthus tworzył wokół siebie aurę tajemniczości. Kiedy w 1968 roku przygotowywano jego wystawę w Tate Gallery w Londynie, wysłał do kuratora ekspozycji instrukcję, żeby nie podawać żadnych informacji biograficznych. Nie chciał, aby wiedziano o nim cokolwiek więcej nad to, że jest artystą. Miała mówić tylko sztuka. Jednak i sam artysta był postacią niezwykle ciekawą. Znikał na lata, nie dając znaku życia. Zaszywał się w odludnych miejscach, gdzie mógł w spokoju oddawać się pracy, a potem pojawiał się w Paryżu czy Rzymie, żeby brylować w towarzystwie, popisywać się erudycją, swobodnie konwersując w kilku językach. Polskiego jednak nie znał, mimo polskich korzeni. Gdy przybył na audiencję u papieża Jana Pawła II, jedyne co potrafił powiedzieć w tym języku, to to, że w nim nie mówi.

Balthus bywał na przemian: eremitą, wiejskim gospodarzem, dandysem, dyrektorem Akademii Francuskiej w Rzymie. Ale przede wszystkim był artystą, skoncentrowanym na pracy. Wyznał: "Malarz ostatecznie utwierdza swoją pozycję pracą. Dlatego zawsze wolę zachować milczenie".

Twierdził, że obrazów nie da się interpretować, bo mają własną mowę, która nie jest do oddania w żadnym innym języku. Bronił jednak swoich obrazów przed zarzutami o eksponowanie dziecięcego erotyzmu.

Rzeczywiście, w twórczości Balthusa uderza obsesyjna skłonność do przestawiania prowokujących nimfetek, dziewczynek o pozach tak nieprzyzwoitych, że pozostających na granicy oskarżenia o pedofilię. On jednak uparcie obstawał przy tym, że jest przede wszystkim malarzem religijnym. Mówił: "Wszystkie moje postaci kobiece to anioły, zjawy. Ludzie myślą, że to erotyzm. To absolutna bzdura. Moje malarstwo jest w swojej istocie głęboko religijne".

Balthus Ćma
"Ćma", 1959, tempera kazeinowa, płótno, 162 x 130 cm, Musée National d’Art Moderne, Centre Georges Pompidou, dar André i Henriette Gomès z 1985, © Balthus

Wyzywające pozy tłumaczył jako ukazujące swobodę i ufność charakterystyczne dla dzieciństwa oraz... dostosowane do wymogów kompozycji. Wszelkie interpretacje sugerujące seksualność uznawał za wynik wyobraźni odbiorcy oraz niemożności trafnego przełożenia malarstwa na słowa.

Dzieciństwo stanowiło dla niego szczególny okres. W przeciwieństwie do większości rówieśników, którzy chcieli jak najszybciej stać się dorosłymi, on marzył, żeby na zawsze pozostać w tym beztroskim stanie. Przez całe życie patrzył na świat oczami dziecka, dla którego wszystko jest nieskażone i świeże, wszystko za każdym razem na nowo odkryte. Taką funkcję miało też pełnić malarstwo.

Wyznał: "Należy wszystko odkrywać, jakby to był pierwszy dzień istnienia malarstwa, a jednocześnie szukać swojego miejsca w długim ciągu tradycji".

Balthus dorastał w szczęśliwej rodzinie, otoczony sztuką. Ojciec Eryk Kłossowski, pochodzący z polskiej rodziny szlacheckiej herbu Rola, był polskim malarzem i historykiem sztuki, matka, mająca korzenie polsko-rosyjskie, była utalentowaną akwarelistką. Nie była przy tym pozbawiona fantazji. Po ślubie zmieniła imię, z prozaicznej Elżbiety stając się bardziej poetycką Balladyną, i zażyczyła sobie przeprowadzki do Paryża. Niebawem pojawili się na świecie dwaj synowie - Piotr i Baltazar. Niezwykła jest już data urodzin Balthasara Kłossowskiego de Rola: 29 lutego. Świętował je co cztery lata i może dlatego to właśnie czas odgrywał w jego przypadku ogromną rolę.

W swojej epoce nie czuł się dobrze. Jak wyznawał: "Zawsze czułem się źle w czasach mi współczesnych, byłem jak gdyby poza moją epoką (...). Jeżeli jest się ‹‹w rozdźwięku››, to nie jest się akceptowanym. Nikt nawet nie chciał spojrzeć na prace Balthusa. Moje malarstwo nikogo nie interesowało. Podejrzewam zresztą, że to właśnie spowodowało, iż Picasso stanął w mojej obronie. Byłem jedyny, który nie usiłował malować jak Picasso. To go bardzo intrygowało i bawiło. Co dziwne, mam nawet wrażenie, iż moje malarstwo mu się podobało". Picasso kupił nawet obraz Balthusa, ten zaś surrealistów szczerze nie lubił, zarzucając im efekciarstwo i literackość. Jak na ironię, jego sztuka często wpisywana była właśnie w nurt surrealizmu.

Balthus Thérèse
"Thérèse", 1938, olej, tektura naklejona na deskę, 100,3 x 81,3 cm, Metropolitan Museum of Art, Bequest of Mr. and Mrs. Allan D. Emil, in honor of William S. Lieberman, 1987, © Balthus

On sam przyznawał, że nie maluje snów, tylko śniących. Postacie, które ukazywał, rzeczywiście zdają się tkwić w bliżej nieokreślonym oczekiwaniu, w półśnie, w niepokojącej melancholii. Tym biernie wyzywającym, przedstawionym w dwuznacznym omdleniu dziewczynkom często towarzyszą koty. Jak wspominał: "Zawsze kochałem koty. To w istocie moje zwierzę fetysz. A zresztą sam jestem po części kotem. W młodszym wieku miałem taką dziwną swoistość: pachniałem piżmem, co powodowało, że towarzyszyła mi zawsze cała świta. Przyjaciele nazywali mnie więc Królem Kotów (...). Bardzo mi się to podobało".

Kłossowscy prowadzili otwarty dom pełen artystów i poetów. Jeden z nich - Rilke, który po rozwodzie rodziców Baltazara, blisko zaprzyjaźnił się z jego matką, mocno wspierał jego artystyczne zapędy. Chłopiec długie godziny spędzał w Luwrze, gdzie kopiował obrazy mistrzów. I to właśnie dawne malarstwo, zwłaszcza włoska sztuka przedrenesansowa, najbardziej go zachwycało. Z drugiej strony fascynowała go twórczość Dalekiego Wschodu. Zresztą dostrzegał wiele podobieństw między tymi dwoma rodzajami sztuki.

Zafascynowała go także pewna Azjatka Setsuko Ideta. Poznał ją, gdy miał 54 lata, jedno małżeństwo i dwóch synów na koncie. 11 lat później urodziła się im córka. Urokliwa Japonka studiowała wtedy malarstwo. Jako hrabina de Rola pomagała swojemu mężowi w pracowni, nie bez przyjemności. Sama, choć ma pewne sukcesy na polu malarstwa, a także literatury, nie osiągnęła takiej sławy jak mąż. Mieszkali w szwajcarskim Rossinière, w Grand Chalet - XVIII-wiecznym cudzie szwajcarskiej architektury górskiej ze 113 oknami.

Balthus jednak więcej czasu przebywał w swojej pracowni ulokowanej w starej wozowni po drugiej stronie drogi. W całkowitym odosobnieniu, w skupieniu, powoli. Tak pracował, trochę jak eremita. Malarstwo rodziło się powoli. Równie istotna jak obraz była poprzedzająca go wizja. Sztukę traktował na równi z religią. Jak wyznał: "Malowanie tego, co ma się przed oczami, to sposób przybliżania się do boskości".

Tworzył do końca, z nieodzownym papierosem w ustach. Dziwił się, jak bez nikotyny mogli malować podziwiani przez niego XV-wieczni mistrzowie. Nawet ten nałóg nie zaszkodził za bardzo jego witalności. Balthus zmarł kilka dni przed swoimi 93 urodzinami. Odszedł, jak to mówią, na starość, do końca celebrując dzieciństwo.

Nie można oprzeć się wrażeniu, że mimo tych wzniosłych deklaracji dotyczących sztuki i powinności artysty, jego twórczość postrzegana jest jako jeśli nie kontrowersyjna, to przynajmniej dwuznaczna. Potwierdza to także trwająca właśnie w nowojorskim Metropolitan Museum of Art wystawa "Balthus: koty i dziewczyny - obrazy i prowokacja" (do 12.01.2014).

Ciekawostką jest tu prezentacja 40 rysunków namalowanych przez 11-letniego Baltazara, tworzących książkę zatytułowaną "Mitsou", o kocie o takim właśnie imieniu, którą wydał i opatrzył wstępem Rilke. Przez lata rysunki te uważano za zaginione. Podpisując je młody artysta po raz pierwszy użył przydomka Balthus, nie przeczuwając nawet, jakie zamieszanie wywoła on w świecie sztuki.