Żaden chyba inny polski artysta nie wzbudzał tak skrajnych emocji jak Władysław Hasior. Z jednej strony nazywany był pieszczoszkiem władzy, z drugiej zaś pozostawał niezrozumiany i oskarżany o bluźnierstwa.

Władysław Hasior "Autoportret z ptaszkami"
"Autoportret z ptaszkami", 1962 , asamblaż, 50 ×46 ×11 cm, ze zbiorów Muzeum Śląskiego w Katowicach

W 1975 roku w Szczecinie, na Podzamczu, stanęły "Ogniste ptaki" Władysława Hasiora - potężna instalacja składająca się blaszanych ptaków pędzących na wielkich kołach. Nie miała jednak szczęścia ani do lokalizacji, ani do przychylnych widzów. Ciągle ją przestawiano, a kiedy nie przestawiano, to wpadała w oko wandalom, a później też zbieraczom złomu.

Kiedy 30 lat później zastanawiano się, gdzie ją ostatecznie postawić, na jednym z internetowych forów wrzało: "Ohydny szmelc. Tylko półgłówek może udawać znawcę sztuki i widzieć w tym 'dzieło'. Na złom!", "Całe Jasne Błonia już są tak obfajdane przez psy, że nie dokładajcie jeszcze tego łajna!!!"

Wiadomo, że w społeczeństwie zrozumienia wielkiego dla sztuki współczesnej nie ma, ale w tym wypadku rzecz jest o tyle zdumiewająca, że dotyczy artysty przez wiele lat właściwie sztandarowego, stanowiącego dyżurny towar eksportowy, mającego zaświadczać, że Polska na tle innych demoludów jest nowoczesna, przynajmniej w zakresie sztuki, ale także chwalonego przez krytykę.

Swego czasu Władysław Hasior był przecież prawdziwą gwiazdą. Pierwszą dużą wystawę miał w warszawskiej Zachęcie w roku 1966. I wtedy się zaczęło. Kręcono o nim filmy, pisano artykuły i monografie, urządzano ekspozycje. Do jego zakopiańskiej, mrocznej pracowni, wyjątkowo ubogiej w sprzęty, za to wypełnionej piętrzącymi się pracami tudzież muzyką, głównie Bacha i Mozarta, waliły tłumy.

Władysław Hasior z "Płomiennym słowikiem"
Władysław Hasior z "Płomiennym słowikiem", 1968, Archiwum MOCAK-u

Został nawet prezesem zakopiańskiego oddziału Związku Polskich Artystów Plastyków. Trochę go ta sława przytłoczyła. Do kuratorki zachętowskiej wystawy, wieloletniej przyjaciółki i wielbicielki jego talentu, Hanny Kirchner pisał: "od chwili, kiedy poczułem się polską 'Brygitką' [Bardot], nie mogę dać sobie rady - po prostu psychicznie nie jestem do tej roli przygotowany, muszę się bronić (...). Mój lunapark jeździ po kraju, a ja z nim". [Hanna Kirchner, "Hasior. Opowieść na dwa głosy", Warszawa 2005].

Starał się robić swoje, nadawać plastyczny kształt niebywałym wizjom, których nie ograniczał ani materiał, ani skala. Jego twory, tak osobliwe i oryginalne, Kirchner proponowała nazywać hasiorami. Bo faktycznie pojęcie rzeźby czy instalacji jest za wąskie dla tych niezwykłych obiektów wykonywanych z gotowych przedmiotów, dewocjonaliów, szkła, blachy, cementu, tkaniny czy papieru, ale też z tworzyw znacznie mniej materialnych.

W liście do znanego krytyka, Jerzego Stajudy, pisał Władysław Hasior: "Wymyśliłem rzeźby nie tylko z mydła, chleba, ale również z ogniem, który wydaje mi się świetnym środkiem na wzniecanie pożarów wyobraźni". Ruch, światło, dźwięk, ogień były elementami przydającymi pracom Hasiora charakteru wielkiego teatru plastycznego.

Władysław Hasior "Zmierzch"
"Zmierzch", 1971, asamblaż, 120 ×205 ×15 cm, ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie

Artystyczne wizje górowały nad prozą życia. Hasior próbował je sobie co prawda ułożyć jeszcze na studiach, w trakcie których poznał swoją przyszłą żonę. Kiedy kilka lat później przyszedł na świat ich syn, artysta wyjechał na siedem miesięcy za granicę. Joanna Hasior bez środków do życia i jakiejkolwiek pomocy, sama z dzieckiem w Zakopanem, a do tego mająca problemy ze zdrowiem postanowiła wrócić do rodziców, do Warszawy. Potem projektowała tkaniny i tkała gobeliny.

Współpracowała z Cepelią i Zakładami Lniarskimi w Żyrardowie. Wyjazd żony do stolicy zakończył właściwie to małżeństwo. Władysław Hasior nie rozpaczał. W tym czasie na swojej czerwonej jawie 250 zwiedzał Francję, Niemcy, Belgię, Włochy. Chłonął wielką sztukę i architekturę, oglądał francuskie katedry gotyckie i romańskie rzeźby, w drodze śpiewając ponoć nieprzyzwoite piosenki. Robił dużo zdjęć, dumnie potem prezentowanych na specjalnych pokazach, którym towarzyszyły wykłady z zakresu historii europejskiej sztuki. A dziecku z podróży przywiózł... muszelki! Na brak kobiet nie narzekał. Otaczały go pełne zachwytu, często same się narzucały. Lubił rozmawiać z nimi o sztuce, lubił, jak go podziwiały. Miał w czym wybierać i podobno bardzo się nie ograniczał.

Władysław Hasior "Ikona barokowa"
"Ikona barokowa", przed 1966, asamblaż,138,5 × 108,5 × 10 cm, ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu

Na poważniej zainteresował się pewną piękną redaktorką, a wcześniej młodą rzeźbiarką, która koniec końców, mając go za plebejusza, zostawiła go dla dużo starszego polityka. Faktycznie, Hasior, nieślubny syn praczki, wyrzucony z domu przez ojczyma, w młodości roznosił po domach bułki od piekarza. Spotkał jednak na swojej drodze życzliwych ludzi, którzy wysłali go do liceum Kenara w Zakopanem, gdzie zaczęła się jego przygoda ze sztuką. Przyjaciółka Hasiora Anna Micińska twierdziła, że dał sobie wmówić, że gdyby nie Polska Ludowa, to pasałby gęsi.

Może dlatego chętnie zgadzał się na realizacje, które przynosiły mu tyleż sławy, co kłopotów. W 1966 roku dla Czorsztyna zaprojektował "Żelazne Organy", które miały być pierwszym na świecie grającym pomnikiem, ale od początku realizacji towarzyszyły same problemy. Przeszkadzało, że wydobywający się z "Organów" na wietrze dźwięk będzie płoszyć pasące się nieopodal bydło. Artystę straszono, że pomnik zostanie wysadzony w powietrze. Nie był to bowiem jedynie technologiczny i estetyczny cud, ale pomnik poświęcony, jak głosił podtytuł,: "Wiernym synom ojczyzny poległym w walce o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu".

Już wtedy nie wszystkim się to podobało. Kiedy pomnik odsłonięto na przełęczy Snozka, w 1966 roku, okazało się, że co prawda gra, ale kiepsko, bo chcąc przyoszczędzić, kupiono piszczałki złej jakości. A do tego zardzewiała cała konstrukcja. Kilka lat temu chciano go zniszczyć. I to nie tak po prostu, bo brzydki, chociaż to też. Miał być pierwszym zlikwidowanym symbolem komunizmu. Nazwano go ubeliskiem, pomnikiem hańby. Ale w końcu przeważył głos rozsądku i "Organy" wyremontowano.

Władysław Hasior "Sztandar ekstazy"
"Sztandar ekstazy", lata 70. XX w., asamblaż, ze zbiorów Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu

Kiedy Władysław Hasior realizował inny pomnik, w Koszalinie, przydzieloną do pomocy ekipę z tutejszych zakładów metalowych musiał przekonywać do swojej sztuki alkoholem, od którego nota bebe nie stronił. Niestety nie zabezpieczono należycie terenu prac, więc często przychodziły tu dzieci i wdrapywały się na jeszcze niedokończone figury. Odłamanym fragmentem jednej z nich został przygnieciony 9-letni chłopiec. Nie przeżył... Trudno się dziwić, że na Hasiorze ciążyło odium.

Mimo to, jego prace podziwiać można na całym świecie - w Urugwaju, Buenos Aires, w Sztokholmie, tu w ogrodzie rzeźb przy muzeum Moderna Museet, w niewielkiej odległości od prac największych: Moora'a i Caldera. W innym szwedzkim mieście, nadmorskim Södertälje, Hasior zrealizował "Słoneczny rydwan" (1972-1973), grupę cementowych pegazów wynurzających się z ziemi. Oczywiście nie brakowało "życzliwych", którzy oburzali się, że wykształcony w Polsce Ludowej artysta stawia rzeźby zagranicą. Inni wytykali mu, że bluźnierczo wykorzystuje symbole religijne i propaguje okrucieństwo, na przykład w pracy "Wyszywanie charakteru" - maszynie do szycia przeszywającą lalkę.

Krytycy jednak cenili artystę. W ich ankiecie z 1975 roku wyłaniającej najwybitniejszych powojennych twórców polskich znalazł się, razem z Tadeuszem Brzozowskim, na pierwszym miejscu. Po '89 Hasiora oceniano głównie przez pryzmat artystycznego flirtu z komuną i bojkotowano go za poparcie dla stanu wojennego - podarował Jaruzelskiemu szablę. A przy innej okazji uścisnął rękę przybyłemu na wernisaż do Zakopanego Jerzemu Urbanowi. Dzisiaj w pracowni artysty znajduje się Galeria Władysława Hasiora, oddział Muzeum Tatrzańskiego. Od kilku lat, od dużej wystawy w warszawskim Muzeum Narodowym w 2005 roku, widać znacznie większej zainteresowanie twórczością zmarłego w 1995 roku Hasiora.

W 2013 roku odbyła się duża wystawa w bydgoskiej BWA. Teraz ekspozycję "Władysław Hasior. Europejski Rauschenberg?" przygotowało Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie MOCAK. Zobaczymy tu około stu prac z lat 1956-1986, a także dokumenty, kroniki filmowe z lat 60., fragmenty filmów o Hasiorze i wiele innych materiałów. Wystawa trwa do 27 kwietnia.