Przez wieki rzeźba była domeną mężczyzn - ciężka, monumentalna, związana z fizycznym wysiłkiem i walką z materią. W książce „Rzeźbiarki” Dagmara Budzbon-Szymańska przywraca głos artystkom, które mimo stereotypów, braku dostępu do edukacji oraz życia w cieniu swoich mężów tworzyły z pasji silniejszej niż uprzedzenia. To opowieść o kobietach, które udowodniły, że talent nie ma płci, a siła w sztuce nie zawsze mierzy się wagą kamienia.

W książce „Rzeźbiarki” historia polskiej rzeźby zostaje opowiedziana na nowo - nie z perspektywy pomnikowych realizacji i podręcznikowych dat, lecz poprzez doświadczenia kobiet, które musiały mierzyć się nie tylko z kamieniem, brązem czy metalem, ale też z konwenansami, uprzedzeniami i własnymi ograniczeniami. To opowieść o artystkach, dla których tworzenie było aktem odwagi.

Dagmara Budzbon-Szymańska kreśli portrety dwudziestu siedmiu twórczyń - od działającej pod koniec XIX wieku Antoniny Rożniatowskiej, przez rozchwytywaną autorkę pomników Olgę Niewską i wybitną animalistkę Magdalenę Gross, po awangardową Katarzynę Kobro. W książce spotykają się także ikony drugiej połowy XX wieku: Alina Ślesińska, Alina Szapocznikow, Magdalena Abakanowicz czy Barbara Falender, a obok nich najmłodsze artystki, takie jak Martyna Pająk, tworząca organiczne formy, i Ola Nenko, spawająca swoje rzeźby z metalu. Razem tworzą wielogłosową narrację o ambicji, pasji i determinacji, która zmieniała oblicze polskiej rzeźby.

W „Rzeźbiarkach” Dagmara Budzbon-Szymańska ukazuje historię polskiej rzeźby z perspektywy kobiet. Wydawnictwo ARKADY

Autorka nie ogranicza się do faktografii. Łączy wnikliwe analizy dzieł z fascynującymi biografiami, budując dynamiczną, niemal literacką opowieść o drodze kobiet do artystycznej niezależności. Co więcej, oddaje im głos - w książce wybrzmiewają autentyczne cytaty z listów, archiwów, wywiadów i osobistych rozmów. Dzięki temu „Rzeźbiarki” stają się nie tylko historycznym studium, lecz także intymnym dialogiem z twórczyniami, które wyrzeźbiły sobie miejsce w świecie sztuki.

Rzeźba to medium wymagające fizycznej siły, pracy z ciężkim materiałem, często w monumentalnej skali. Czy w biografiach bohaterek widać, że ten aspekt zawodu dodatkowo wzmacniał stereotypy wobec kobiet?

Dagmara Budzbon-Szymańska: Aspekt ciężkiej pracy, do tego niejednokrotnie wiążącej się z brudem i potem, to zdecydowanie jeden z najważniejszych powodów, dla których na przestrzeni wieków rzeźba uważana była za dziedzinę typowo męską. Przez setki lat, słysząc słowo rzeźbiarz, wyobrażano sobie walczącego z trudnym w obróbce materiałem mężczyznę. Kobiet rzeźbiarek właściwie nie było, a przynajmniej było ich niewiele. W słynnych „Żywotach najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów” Giorgio Vasari opisał tylko jedną - działającą w Bolonii Properzię de’ Rossi. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku coraz więcej kobiet zaczęło decydować się na karierę rzeźbiarską, ze zdumieniem odkrywając, że radzą sobie z materiałem podobnie jak mężczyźni. Z czasem okazało się wręcz, że jeśli nie chcą, wcale nie muszą rzeźbić w kamieniu - pojawienie się w połowie XX wieku nowych materiałów pozwoliło artystkom pracować ze znacznie bardziej plastycznymi żywicami, a nawet z gąbkami, które były lekkie i pozwalały na samodzielne przenoszenie prac.

Czy podczas pracy nad książką odkryła Pani historię, która szczególnie Panią poruszyła albo zmieniła sposób myślenia o polskiej rzeźbie?

- Każda artystka, z którą miałam do czynienia pisząc książkę - czy to poprzez osobiste spotkanie z nią i rozmowę, czy przez to, co o nich czytałam - zrobiła na mnie wrażenie i w jakiś sposób zostawiła we mnie cząstkę siebie. Bardzo trudno przywołać mi jedną konkretną historię - musiałam opowiedzieć o wszystkich! Życie każdej z nich dyktowane było pasją do sztuki, chęcią kontaktu z nią - także fizycznego - oraz pragnieniem udowodnienia, że wbrew powszechnym opiniom kobieta doskonale radzi sobie z każdą dziedziną sztuki, że płeć nie ma tu najmniejszego znaczenia.

Dagmara Budzbon-Szymańska kreśli portrety dwudziestu siedmiu twórczyń - od działającej pod koniec XIX wieku Antoniny Rożniatowskiej, przez rozchwytywaną autorkę pomników Olgę Niewską i wybitną animalistkę Magdalenę Gross, po awangardową Katarzynę Kobro.

Jak wyglądał proces zbierania cytatów i budowania „dialogu” z artystkami? Czy miała Pani momenty, w których czuła Pani, że któraś z nich prowadzi Panią przez swoją historię?

- Zbieranie materiałów i osobistych wypowiedzi artystek to chyba najbardziej emocjonujący moment mojej pracy. Czytając to, co powiedziały, albo słuchając ich lub opowieści o nich, które snuły ich dzieci, odkrywałam zupełnie nowe światy i otwierały się przede mną nowe drzwi. Wiele wypowiedzi, które cytuję w książce, znalazłam w materiałach archiwalnych, takich jak listy artystek, ich wypowiedzi w gazetach, w radiu. Z artystkami, które nadal tworzą, rozmawiałam osobiście, a każda taka rozmowa była dla mnie niezwykle odkrywcza, bo pokazywała mi prawdziwe pragnienia tworzenia, prawdziwą historię - niekoniecznie taką, jaką znajdzie się w książkach, ale ludzką, życiową.

Czy można wskazać wspólny rys charakteru łączący Antoninę Rożniatowską, Katarzynę Kobro i Magdalenę Abakanowicz, mimo że dzieli je kilka pokoleń i zupełnie inne realia?

Jak najbardziej! Taka nić łączy zresztą wszystkie opisane przeze mnie artystki - to nić zamiłowania do sztuki od wczesnych lat dziecięcych, nieustannego parcia do przodu, odnajdywania się w nowych okolicznościach, pokonywania barier, stereotypów, walki z materiałem, a czasem i z samą sobą i swoimi słabościami. Za czasów Rożniatowskiej kobiety nie miały jeszcze wstępu na uczelnie, artystka nie znała więc wielu innych kobiet, które mogłyby ją zainspirować do kariery, jaką wybrała. A jednak została rzeźbiarką i udowodniła, że radzi sobie tak samo dobrze jak jej solidnie wykształceni koledzy po fachu. Sama też uczyła inne kobiety - wykładała na Wyższych Kursach dla Kobiet im. Adriana Baranieckiego w Krakowie.

Bohaterki książki „Rzeźbiarki” tworzą wielogłosową narrację o ambicji, pasji i determinacji, która zmieniała oblicze polskiej rzeźby.

Katarzyna Kobro należała do pokolenia kobiet, które już mogły kształcić się na uczelniach - i szybko z tego skorzystała. Jednak mimo tego, że dziś zalicza się ją do najciekawszych i najbardziej oryginalnych rzeźbiarek XX wieku, przez całą swą karierę żyła w cieniu męża, Władysława Strzemińskiego. Rzeźbiąc i tworząc, mimo wszystko udowodniła, że nie robiła swej sztuki po to, by zdobyć uznanie, ale z głębokiej potrzeby tworzenia.

Magdalena Abakanowicz od razu na początku studiów usłyszała, że nigdy nie będzie rzeźbiarką, bo ma słabe wyczucie formy. Skierowała się więc ku tkaninie i powoli, systematycznie, tworząc w tej technice, doszła do rozwiązań rzeźbiarskich. Dziś jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych globalnie osób artystycznych pochodzących z Polski, a jej rzeźby zobaczyć można w miastach na całym świecie.

W książce pojawiają się zarówno postacie kanoniczne, jak i mniej znane. Jak decydowała Pani o tym, które artystki znajdą się w tym gronie dwudziestu siedmiu?

- To był bardzo trudny wybór. Podobnie jak w mojej poprzedniej książce, „Mistrzynie. Eseje o polskich artystkach”, chciałam wybrać takie postaci, których życiorysy wzięte razem opowiedziałyby historię polskiej rzeźby. Wybrałam więc po kilka przedstawicielek danego okresu, by pokazać rozwój rzeźby, a także zmiany w pozycji kobiet na polskiej scenie artystycznej. Sama jestem wielką wielbicielką rzeźby - ze względu na jej haptyczność, na to, że może operować tak wieloma różnymi materiałami, technikami, kolorami. I także to chciałam pokazać w mojej książce: że rzeźba jest niezwykle różnorodna, że potrafi być kolorowa i szara, krucha i trwała, monumentalna i zupełnie intymna. I to pragnienie rozkochania czytelników w różnorodności rzeźby także dyktowało mój wybór.

Autorka wybrała kilka przedstawicielek danego okresu, by pokazać rozwój rzeźby, a także zmiany w pozycji kobiet na polskiej scenie artystycznej.

Rzeźbiarki w Pani opowieści zmagają się nie tylko z materią, ale i z konwenansami czy uprzedzeniami. Czy dziś w przypadku najmłodszych artystek te bariery wciąż są obecne, tylko w innej formie?

- Od połowy wieku XIX do dziś czasy się zmieniły - dzisiaj to kobiety stanowią większość na uczelniach artystycznych, pokazują swoje prace w galeriach i muzeach. A jednak nadal stykają się ze stereotypami dotyczącymi ich działalności, nadal muszą pokonywać tabu. Nadal można spotkać się z opinią, że kobiety nie mają wyobraźni przestrzennej albo że spawana rzeźba może runąć, bo wykonała ją kobieta. W muzeach i galeriach dzieła artystek stanowią zaledwie kilka procent zbiorów, niewiele z nich jest też pokazywanych na ekspozycjach stałych. Na rynku sztuki prace kobiet wciąż osiągają niższe ceny niż prace mężczyzn. Więc nadal sporo jest do zrobienia, nadal istnieje wiele barier do przezwyciężenia.

Czy po zakończeniu pracy nad „Rzeźbiarkami” patrzy Pani inaczej na przestrzeń publiczną: pomniki, rzeźby plenerowe, detale architektoniczne?

- Rzeźba w przestrzeni publicznej to jeden z tematów, który niezwykle mnie pasjonuje. Z zainteresowaniem odwiedzam różne miasta i patrzę na to, co stoi tam na placach i ulicach. Dla wielu z opisanych przeze mnie rzeźbiarek rzeźba w przestrzeni publicznej także stanowiła i stanowi bardzo ważny temat. Z wieloma z nich o tym rozmawiałam i zgadzałyśmy się co do jednego - nasze miasta potrzebują odczarowania, jeśli chodzi o rzeźbę miejską, potrzebują lekkości, potrzebują nowych prac, które staną na naszych ulicach i w parkach, żeby umożliwić każdemu kontakt ze sztuką nie tylko w galeriach, ale także tak po prostu, na co dzień. Ja taki kontakt uwielbiam - jest dla mnie bardzo ważny i upięknia każdy mój spacer po mieście.

Wiele z opisanych artystek prowadziło intensywne, nierzadko burzliwe życie prywatne. Jak znaleźć równowagę między biografią a analizą dzieła, by nie sprowadzić twórczości do anegdoty?

- To trudne zagadnienie, bo czasami życiorysy artystek są tak ekscytujące, że ich sztuka schodzi na dalszy plan. Jestem jednak zdania, że jeśli ich burzliwe przygody mogą skłonić kogoś do zgłębienia ich sztuki i spojrzenia na nią świeżym okiem, a może nawet do odwiedzenia wystawy czy muzeum, w którym jej prace się znajdują, to jest to jak najbardziej w porządku!

Autor
Warto przeczytać: „Rzeźbiarki” Dagmary Budzbon-Szymańskiej. Rozmawiamy z autorką książki
Anna Grużewska
Dziennikarka, redaktorka, miłośniczka designu i malarstwa. Skończyła warszawską ASP i Wydział Dziennikarstwa UW. Redaktor naczelna magazynu Czas na Wnętrze. Ogląda sesje,...