Zbieracz to "niegroźny szaleniec, spędzający życie na porządkowaniu znaczków pocztowych, przyszpilaniu motyli czy rozkoszowaniu się rycinami erotycznymi. Lub wręcz przeciwnie - niebezpieczny spekulant, który pod pozorem umiłowania sztuki, skupuje za bezcen arcydzieła, aby je wyprzedawać następnie z fantastycznym zyskiem.

Albo inaczej jeszcze - pan z towarzystwa, dziedzic zamku z meblami z epoki i kolekcją obrazów, z których najpiękniejsze pozwala podziwiać na zdjęciach w eleganckich magazynach ilustrowanych. Trzy wizje jednej postaci..." - napisał Krzysztof Pomian w swojej znakomitej książce o kolekcjach i kolekcjonerach "Zbieracze i osobliwości".

Wiesław Ochman dodaje czwartą: "detektyw" i opowiada o własnych poszukiwaniach i perturbacjach: - Kupiłem w Wiedniu obraz Tadeusza Makowskiego na desce. Nie bardzo mi się z Makowskim kojarzył. Wówczas jeszcze nie konsultowałem się z profesor Janiną Jaworską. Przyniosłem obraz do profesora Jerzego Sienkiewicza, a on: "na desce z tyłu są dziury po gwoździach. Makowski kupił szafę od dozorcy, pociął na deski i na tych deskach malował". Moje wątpliwości zostały rozwiane.

- Inna opowieść, wręcz kryminalna. Jest taki obraz Jana Stanisławskiego "Widok na Barbakan". Myśmy z żoną ten obraz kupili w Desie. Jak na Stanisławskiego to duży obraz, 50 x 60 cm. Któregoś dnia przyszedł do nas wspaniały Wiesio Juszczak i przyniósł mi książkę o Stanisławskim. Patrzę a tam reprodukcja mojego obrazu podpisana jako własność Muzeum Narodowego. Idę do muzeum. Okazuje się, że obraz był wypożyczony do Ministerstwa Kultury i Sztuki i nie został zwrócony. Oddałem obraz do muzeum.

Przy okazji dowiedziałem się, że nie musiałem tego robić, bo jest takie idiotyczne prawo, które mówi, że po latach nabywa się praw własności nawet do kradzionego... Ale to nie koniec. Wzywa mnie prokurator i zaczyna się historia wyjaśniająca. Okazało się, że w ministerstwie był dyrektor, który poszedł na emeryturę i zabrał ten obraz, łącznie z meblami z gabinetu. Jego małżonka, dużo młodsza, nie mając pojęcia o całej historii, wstawiła obraz do Desy. Poszedłem z kwitem do Desy, a oni, że bardzo dobrze, pieniądze oddadzą, ale muszę im wytoczyć sprawę. Wytoczyłem sprawę. Na sprawie znalazł się ekspert, który bronił Desy. W pewnym momencie sędzia go zapytał, czy pan wie jak malował Stanisławski, a on mówi: akwarelą. I to go położyło. Każdy obraz ma swoją historię.

 

Jerzy Duda-Gracz, Obraz 1376. Portret Wiesława Ochmana
1990, olej, płyta, 91 x 71,5 cm, z kolekcji artysty

Wiesław Ochman - każdy wie, że to znakomity śpiewak operowy o światowej renomie, ale znacznie mniej osób, że kolekcjoner i malarz, a chyba najmniej, że doktor honoris causa Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, którą ukończył w 1960 roku uzyskując dyplom inżyniera. - To była wspaniała uczelnia. Ona pozwoliła mi zachować dystans do tego, co robię. W sztuce potrzebny jest dystans. Jak ktoś rano wstaje, żegna się i mówi: "jestem wspaniałym artystą", to popołudnie będzie miał gorsze.

- Ja wstaję rano, widzę, że świat się kręci, mam do zrobienia to, to i to, to muszę poprawić, tego się nauczyć, to opanować pamięciowo. Natomiast moją pasją było zawsze malarstwo. Nie tylko kolekcjonowanie, ale również malowanie. Mając trzy, cztery lata dla mnie najpiękniejszym prezentem były kredki i papier. Mieliśmy w domu (na ulicy Ząbkowskiej w Warszawie) dwa obrazy. Jeden był okropny. Myśliwy schowany za krzakiem walił ze strzelby do jelenia. Mnie fascynował nie jeleń, nie myśliwy, ale ogień z lufy. Był dobrze namalowany. A drugi, po latach skojarzyłem, że była to reprodukcja sierotki Kotsisa. Był jeszcze taki "skarbczyk" matejkowski, gdzie byli wszyscy królowie, królowe, księżniczki, reprodukowane w sepii. Bez przerwy go przeglądałem.

- Ulubioną moją książką była ta o sierotce Marysi i krasnoludkach oraz o siedmiu krukach i siostrze, która ich uratowała. Fascynowały mnie ilustracje w obu. Później poszedłem do Liceum Plastycznego. Z muzyką związałem się w Liceum, a potem w Technikum Ceramicznym, w których każda klasa miała obowiązek co miesiąc przygotować jakiś wieczorek artystyczny. Tam zacząłem się interesować muzyką i śpiewać w kwartetach. Technikum skończyłem z wyróżnieniem. W Krakowie miałem zdawać do Akademii Sztuk Pięknych, ale koledzy powiedzieli: "...przecież Bitwy pod Grunwaldem nie namalujesz". Poszedłem z nimi na AGH. Kraków dał mi bardzo wiele. Przesiadywałem bez przerwy w muzeach. Chodziłem na wszystkie wystawy.

W czasie studiów na AGH Ochman podejmuje studia muzyczne. W roku, w którym ukończył AGH, zadebiutował w Operze Śląskiej w Bytomiu. Po sześciu latach zaczął robić światową karierę: Monachium, Wiedeń, Mediolan, Paryż, Nowy Jork. Wszędzie muzea...

- Chodziłem do tych muzeów i zacząłem sobie zadawać pytanie: czy taki Bocklin jest lepszy od Malczewskiego? Przychodziło mi do głowy, że w XIX wieku polscy malarze byli rozpoznawalni. Chełmoński, Czachurski, Wierusz-Kowalski... W Pinakotece w Monachium od razu rozpoznawałem, który jest Polakiem. W Paryżu poznałem twórczość Bonnarda, impresjonistów, których niezwykle cenię. Byli mi najbliżsi. Bez przerwy przesiadywałem w muzeach. Chodziłem po galeriach, gdzie pokazywano malarzy mniej znanych, ale znakomitych.

- Pierwszy obraz kupiłem jak zacząłem pracować w Operze Śląskiej. Był to niedużych rozmiarów obraz Alfonsa Karpińskiego. Postać kobieca bardzo pięknie namalowana. W przeliczeniu na obecne pieniądze zapłaciłem trzysta złotych. Wówczas sztuką nikt się nie interesował. Wielką rolę w moim życiu, jeśli chodzi o polskie malarstwo, odegrał profesor Jerzy Sienkiewicz.

- Kiedy zaczęliśmy z żoną zbierać obrazy, to on był naszym głównym konsultantem. Pamiętam raz zadzwonił, żebym przyszedł, bo ma obraz Józefa Brandta. Obraz jednak wzbudził we mnie wątpliwości. Przedstawiał husarię na stepie. Nie "słyszałem" chrzęstu zbroi, który u Brandta się słyszy. Brandt był wielkim pedantem. Zaczęliśmy liczyć nogi u koni. Brak było szesnastu...

- Zbieram tylko malarstwo polskie. Młoda Polska, okres międzywojenny... Interesują mnie polscy koloryści. Zaprzyjaźniłem się z Czesławem Rzepińskim, który był moim mentorem. Przyjaźniłem się z Janem Szancenbachem, Jurkiem Dudą-Graczem, Zdzisławem Beksińskim, Stasiem Mazusiem, Jankiem Nowakiem. To dało mi ogólny obraz polskiej twórczości współczesnej. Niestety nie poznałem Cybisa.

- Nie mam szczególnie lubianego obrazu. Wszystkie obrazy z mojej kolekcji kocham. Bardzo lubię obrazy Rzepińskiego, Eugeniusza Eibischa, u którego bywałem. Pamiętam, malował w łazience, przy lustrze, autoportret. Wyciskał farbę na bristol. Często używał palca zamiast pędzla. Autoportret był ledwo zaznaczony. "Jaki ładny autoportret" powiedziałem, a profesor: "tyś to poznał, a mój uczeń pochwalił i powiedział: jaka ładna martwa natura..."

Czesław Rzepiński, "Cypel morski", gwasz, karton,29 x 47 cm, dzięki uprzejmości Sopockiego Domu Aukcyjnego

- Jestem fanem Stanisława Kamockiego, ucznia Jana Stanisławskiego i samego Stanisławskiego. Tak jak oni pokazali pejzaż, oszczędnie, a jednocześnie z całym bogactwem, barokowością polskiej natury, polskiej wsi. Przed Kamockim mogę siedzieć godzinami. Malarstwo powinno działać na wrażliwość, na emocje. Bardzo lubię Karpińskiego, który malował nie tylko róże. Lubię Juliana Fałata, Józefa Chełmońskiego, który jest geniuszem.

- Jeśli chodzi o moje malarstwo, to zaczynałem od abstrakcji. Dawała mi satysfakcję. Ale w pewnym momencie w abstrakcji dochodzi się do muru. Pierwsze korekty robili mi Rzepiński i Szancenbach. Z Rzepińskim czasem razem malowaliśmy. Szancenbach był znakomitym pedagogiem, ale bywało i tak, że ja mu pokazuję cztery pejzaże, a on mówi: "powiem ci szczerze: masz niedobre ramy!" To była cała korekta. Rzepiński starał się uchwycić wrażenie. W moim malarstwie to właśnie mnie interesuje.

- Nie staram się wywrócić malarstwa do góry nogami, bo na to trzeba supertalentu i odwagi van Gogha. Malarstwo sprawia mi wielką przyjemność. Ja cały czas szukam. To coś wspaniałego. To nie jest hobby. Niech nikt nie wierzy, że jeśli ktoś maluje rzetelnie i wystawia, to traktuje to jak hobby. Jeśli maluję pejzaż, to maluje go z miłości. Z zafascynowania światłem, kolorem, konstrukcją tego pejzażu. Myślę, że każdy malarz - niektórzy to ukrywają - dąży do tego, żeby jego prace się podobały.

Wiesław Ochman wielokrotnie śpiewał w "Tosce" partię Cavaradossiego, malarza, który w jednej ze scen maluje w kościele Madonnę. Niezwykły zbieg okoliczności... „Nie, nie malowałem na scenie. Był podłożony "gotowiec". Natomiast dyskutowałem ze scenografami dlaczego Cavaradossi maluje obraz, który jest niewielkich rozmiarów, w kościele. Myślę, że w zamierzeniu miał malować fresk i wtedy jest uzasadnienie malowania w kościele. Ale jeśli on przychodzi do kościoła, siada i nagle maluje obraz, który można wziąć pod pachę i wynieść, to jest dziwne. Czasami scenografowie przyznawali mi rację. W Hamburgu był tak duży obraz, że rzeczywiście wymagał dużej przestrzeni. Bywało, że scenografowie przygotowywali fresk. Ściana była przygotowana, obraz był naszkicowany i wówczas sobie figlowałem... Natomiast bardzo często widziałem jak koledzy-śpiewacy trzymali pędzel i paletę. Można było sobie rękę zwichnąć. "Maluj oczy czarne" – śpiewała zazdrosna Tosca.

Wiesław Ochman zafascynowany jest pejzażem. Czy maluje oczy czarne? Nie widziałem. Ale zarówno kolekcję artysty, jak również jego obrazy warto zobaczyć!