Adrian Kurowski jest nie tylko znawcą i kolekcjonerem porcelany. Na tym polu działa niczym detektyw! Bada sygnatury, odkrywa prawdziwą proweniencję, szuka okazji. Zgromadził niezwykły zbiór. Ma nawet przedmioty należące niegdyś do Augusta Mocnego.

Adrian Kurowski to kolekcjoner, antykwariusz, znawca dawnej porcelany. Interesuje się głównie porcelaną XVIII- i XIX-wieczną, europejską oraz dalekowschodnią. Pracował w różnych galeriach i domach aukcyjnych, od 2005 roku prowadzi dział ceramiki w Sopockim Domu Aukcyjnym.

Czy pamięta Pan, jaki obiekt zainicjował Pańską kolekcję?

Adrian Kurowski: Oczywiście! To była filiżanka kupiona na warszawskim bazarze na Kole. Zwróciła moją uwagę, bo leżała w błocie i wyglądała staro. Jeszcze wtedy nie interesowałem się porcelaną, a antykami dopiero zaczynałem. Postanowiłem dociec, co takiego właściwie kupiłem. Miałem wtedy po dziadku książkę Leona Chrościckiego o porcelanie. Zacząłem wertować tę publikację w nadziei, że uda mi się rozszyfrować znak, który znajdował się na filiżance. Okazało się jednak, że w książce jest błąd. I to mnie bardzo zaintrygowało. Bo skoro w książce Chrościckiego jest błąd, to znaczy, że jest jeszcze coś do odkrycia w tej materii.

Czyli tę pierwszą filiżankę potraktował Pan od razu jako eksponat, a nie jako przedmiot użytkowy?

Tak. To była XIX-wieczna filiżanka. Przedmioty z porcelany w ogóle traktuję jako kolekcjonerskie eksponaty. Takie rzeczy są dość trudne w używaniu i… w myciu. Do zmywarki ich się nie włoży, bo zejdzie złocenie lub malatura. Zresztą miary płynów są dziś zdecydowanie większe, więc musiałbym często te filiżaneczki napełniać...

Jaki jest profil Pańskich zbiorów?

Filiżanka i talerzyk, Miśnia
Filiżanka i talerzyk, Miśnia, ok. 1800 r.

Ten profil ewoluował. Pierwsza filiżaneczka, którą kupiłem, to był wyrób śląski, z Jaworzyny Śląskiej, z trzeciej ćwierci XIX wieku. Na początku zbierałem właśnie śląską porcelanę. Okazało się, że jest jej sporo na rynku. Wyszukiwałem coraz to nowe sygnatury, próbowałem je przyporządkować i prostować różne znalezione w literaturze nieścisłości i błędy. Wciągnęło mnie to na tyle, że zgromadziłem kilkaset śląskich obiektów. Potem zacząłem się interesować przedmiotami starszymi - XVIII-wiecznymi porcelanami miśnieńskimi, wiedeńskimi, berlińskimi.

Początkowo myślałem, że są one nie do zdobycia, a tymczasem okazuje się, że przy odrobinie zacięcia i wiedzy można coś jeszcze gdzieś znaleźć, czasami nawet za niewielkie pieniądze, również w Polsce. Przeważnie są to nierozpoznane obiekty. Zdarzają się błędy antykwariuszy czy przypadki zupełnej niewiedzy. Także na bazarach ludzie czasami nie mają pojęcia, co sprzedają.

Co Pan kupuje obecnie?

Z XVIII-wiecznej porcelany, której nadal trochę zbieram, i ciekawych obiektów XIX-wiecznych przerzuciłem się na dalekowschodnie, XVIII-wieczne, ale także wcześniejsze. Tę porcelanę zbieram około pięciu lat. Znają się na niej w Polsce jedynie nieliczni. Polskich kolekcjonerów sztuki użytkowej, głownie azjatyków, którzy mają sporą wiedzę na ten temat, jest oprócz mnie może trzech, czterech.

Może mniejsze zainteresowanie porcelaną dalekowschodnią wynika z tego, że osiąga ona na świecie niebotyczne ceny, raczej niedostępne dla polskich portfeli. Rzeczywiście to jest inna półka cenowa, ale bardzo często można znaleźć przedmioty nieznakowane, których rozpoznanie i oszacowanie jest właściwie niemożliwe dla laika. Zdarzyło mi się kupować przez Internet na zagranicznych portalach aukcyjnych przedmioty za 5 euro, które okazywały się XVII-wieczną chińską porcelaną o wartości kilkuset czy nawet kilku tysięcy złotych. Ale największa okazja trafiła mi się na warszawskim Kole, gdzie za 50 złotych kupiłem japoński talerz z końca XVII wieku. To było w niedzielne popołudnie, kiedy wszystko jest już przejrzane. Nikt się na tym talerzu nie poznał!

Z jakiego posiadanego obiektu jest Pan najbardziej dumny?

Cieszy mnie niezmiernie fakt posiadania kilku obiektów dalekowschodnich, które niegdyś należały do wspaniałej kolekcji Augusta Mocnego, elektora saskiego i króla Polski.

Na ile Pańska kolekcja porcelany jest stała? Czy zdarza się Panu pozbywać części obiektów?

Kabaret, Wałbrzych
Kabaret, Wałbrzych, ok. 1875 r.

Oczywiście trzon kolekcji pozostaje niezmienny. Stanowią go zarówno obiekty o wysokiej wartości kolekcjonerskiej, jak i takie, do których mam duży sentyment. Swojej pierwszej filiżanki nie sprzedałem, chociaż mogłem to zrobić. Znaczenie mają nie tylko walory finansowe. Najcenniejsze rzeczy z kolekcji trzyma się dla siebie, a sprzedaje te nie do końca pasujące do zbiorów tudzież dublety w trochę gorszym stanie.

Czy zdarzyło się Panu kupić jakiś przedmiot tylko po to, żeby go odsprzedać z zyskiem?

Jest to oczywiście pokusa każdego kolekcjonera, żeby kupić coś tanio, sprzedać i w miejsce tego kupić sobie coś, co bardziej pasuje do kolekcji. Myślę, że każdy kolekcjoner jest po części również handlarzem.

Opowiada Pan o zakupach w Internecie, na targach staroci. A czy kupuje Pan także w galeriach i na aukcjach?

Też, i na Zachodzie, i w Polsce. Na polskim rynku nadal można znaleźć bardzo ładne rzeczy, tylko zazwyczaj są wcale nierozpoznane.

Jak wygląda rodzimy rynek porcelany? Czy jest duże zainteresowanie tą dziedziną?

To rynek elitarny. Kolekcjonerów z prawdziwego zdarzenia mamy niewielu. Więcej jest miłośników starej porcelany, którzy zbierają, bo pewne przedmioty im się po prostu podobają. Są zbieracze konkretnych manufaktur, konkretnego okresu, regionu.

Na rynku jest dużo pojedynczych elementów serwisów, na przykład filiżanek czy mleczników. Warto je kupować?

Serwisy rzeczywiście prawie się nie zdarzają. Zwykle trzeba się zadowolić pojedynczą sztuką. Warto kupować, jeżeli dana rzecz podoba się i jej posiadanie cieszy. Nie wszystko trzeba traktować jako inwestycję. Ja nie przepadam za podejściem inwestycyjnym. Ten typ kolekcjonera sztuki co prawda jest potrzebny, żeby rynek mógł się rozwijać, ale najważniejsza jest rzeczywista pasja. I to o nią chodzi.

Czyli nie doradzałby Pan zakupu porcelany w celach inwestycyjnych?

Patera, Paryż
Patera, Paryż, ok. 1800 r.

Niekoniecznie. Paręnaście lat temu bardzo opłacało się zainwestować w chińską porcelanę, która poszła obecnie mocno w górę w związku z rozwojem Chin i wzrostem liczby tamtejszych kolekcjonerów, często bardzo zamożnych, kupujących na niespotykaną skalę. Zresztą na całym światowym rynku to, co kilkanaście lat temu było warte setki dolarów, teraz jest warte tysiące. Jeśli ktoś ma do porcelany podejście typowo inwestycyjne, radziłbym przede wszystkim zainwestować w solidną wiedzę, zakup literatury, odwiedzanie muzeów, wystaw.

Trzeba oglądać jak najwięcej obiektów o niekwestionowanej oryginalności, bo podróbek jest na rynku bardzo dużo. Obecnie w Chinach działa wiele fabryk, które produkują "antyki". "Starą chińską porcelanę" można kupić hurtowo. Niejednokrotnie naprawdę wygląda staro. Zresztą kolekcjonerem nie można się stać, nie płacąc frycowego.

Pan też zapłacił?

Tak, oczywiście. Na przykład myślałem, że kupiłem wyrób porcelanowy z Miśni, a był to przedmiot z paryskiej wytwórni produkującej w XIX wieku falsyfikaty. Znak był, nawet model się pokrywał z tymi produkowanymi w Miśni. Podróbka była co prawda stara, ale jednak... Trzeba też dokładnie oglądać to, co się chce kupić, bo niektóre uszkodzone wyroby są reperowane w przemyślny, mało widoczny sposób, co obniża ich wartość.

Czy widoczne są jakieś trendy w kupowaniu porcelany?

Mody się pojawiają. W ostatnich latach popularny zrobił się polski design powojenny. Wcześniej nikt nie zbierał tych wyrobów, nie wzbudzały zainteresowania. Równocześnie świetnie trzyma się pokolenie starszych zbieraczy zafascynowanych porcelaną dawniejszą.

Ciekawe, że dawna porcelana fascynuje także Pana, który mógłby być wnukiem tych zbieraczy.

Tak, wśród moich znajomych uchodzę za ekscentryka.

Jakie jest Pana największe kolekcjonerskie marzenie?

Oczywiście marzy mi się talerz z Serwisu Łabędziego, może jakiś ładny chiński wyrób, może jakaś japońska waza… Ale nie ma co marzyć. Jeżeli coś jest warte kupienia, należy to koniecznie kupić.