Zofia Stryjeńska była najbardziej cenioną artystką międzywojnia. Malowała w charakterystycznym stylu, który wpisywał się w panujące wówczas w Europie art déco. Nazywano ją księżniczką polskiego malarstwa i boginką słowiańską. Swoją pozycję musiała jednak okupić ciężką pracą i wielkimi poświęceniami.

"Zosia w dniu 1 października wyjechała na studia malarskie do Monachium, przebrana za chłopca. Dała sobie obciąć włosy, ubrawszy się w ubrania częścią Tadzia, częścią Stefcia (to jej bracia), odziała się w pelerynę Tadzia i tak wyjechała (…). Po blisko dwóch tygodniach milczenia doniosła nam, że zwalczywszy wszelkie przeszkody, przyjęta została do królewskiej akademii malarskiej". Tak wyjazd na studia do Monachium wspominał jej ojciec. Był rok 1911, kobiet na studia nie przyjmowano, a Zofia Stryjeńska bardzo chciała kontynuować naukę. Przedsięwzięcie było na tyle karkołomne, że zdecydować mogła się na nie tylko osoba taka jak Stryjeńska - odważna i bezkompromisowa.

Nie znaczy to jednak, że życiowe decyzje dotyczące sztuki przychodziły jej łatwo. Wręcz przeciwnie - targały nią ciągłe wątpliwości i wyrzuty sumienia, że dla kariery, a właściwie dla zdobycia środków na życie, poświęciła rodzinę. Z dziećmi, które oddała na wychowanie krewnym, widywała się rzadko. Tęskniła i usprawiedliwiała się koniecznością zarobkowania. A pieniądze miały pozwolić Zofii Stryjeńskiej … odzyskać dzieci. Błędne koło! Pisała: " (…) między nimi a mną stoi okropny wampir - blejtram z naciągniętym płótnem i obmierzłe szczotki zwane pędzlami, którymi posługuję się w celach zarobkowych w sposób poniżający miano Artysty".

Zofia Stryjeńska obraz Góralka
"Góralka", po 1945, gwasz, papier, 72 x 60,5 cm,
Rempex, Warszawa, 18.04.2012, lot 110

Z drugiej jednak strony w macierzyństwie i tak chybaby się nie odnalazła. Zofia Stryjeńska marzyła o synu, koniecznie z niebieskimi oczami i twórczą pasją. Tymczasem na świat przyszła dziewczynka z czarnymi oczami. Stryjeńska nie kryła rozczarowania. Po kilku latach, kiedy udało jej się przekonać do siebie coraz mniej zainteresowanego nią męża Karola, zrealizowała swoje marzenia. Nawet podwójnie, bo na świat przyszli bliźniacy, niestety znów brązowoocy… Nie zmieniło to jednak jej priorytetów. Ponoć zamykała chłopców w komodzie, żeby móc spokojnie pracować. Plotka głosi, że jednego razu prawie się podusili, zostawieni przez matkę, która poszła na zabawę. W końcu oddała ich na wychowanie rodzinie męża.

Małżeństwo Stryjeńskich od początku było dość specyficzne, zawarte po cichu, nie do końca na poważnie, ale za to w dobrym humorze - ksiądz musiał aż przerwać ceremonię, żeby przywołać do porządku zanoszących się śmiechem narzeczonych. Trzy lata po ślubie, niedługo po tym, jak na świat przyszła ich córka, wyjechali razem do Paryża. Tu Zofia Stryjeńska postanowiła porzucić sztukę.

Malarstwo zaczęło ją męczyć, gdyż wymagało skupienia i pozostawało w sprzeczności z jej ognistym temperamentem. Do tego nie mogła znieść, że mąż interesuje się nią głównie z powodu jej talentu. Na oczach Karola zniszczyła więc przywiezione do Paryża prace. Męża tym nie wzruszyła. Wręcz przeciwnie - zniechęciła go do siebie jeszcze bardziej. Rzucił się, żeby ratować prace, a niedługo potem z nią zerwał. Zofia była zdruzgotana.

Pewnego razu pojechała do męża i błagała, by do niej wrócił. Następnego dnia zaprosił ją do teatru. Szczęśliwa pożyczyła elegancką taftową suknię, w której jednak zamiast na przedstawienie trafiła do… psychiatry, a stamtąd, przy pomocy trzech rosłych sanitariuszy, do szpitala psychiatrycznego, na oddział F - furiaci. Szczęśliwie po interwencji rodziny artystkę wypuszczono.

Nawet nie miała żalu do męża. Co więcej - latała za nim po całym Zakopanem, stając się obiektem żartów i oburzenia. Karol unikał jej jak mógł, uciekał przed nią w góry, w przerwach wikłając się w kolejne romanse. A powodzenie miał duże. Ten znany architekt, dyrektor słynnej zakopiańskiej Szkoły Przemysłu Drzewnego, a poza tym dusza towarzystwa, miał opinię donżuana, który "umiał się bawić i czarować kobiety od lat 1 do 100, wszelkiego pochodzenia", jak wspominał malarz Rafał Malczewski.

Stryjeńska jakoś tolerowała wyskoki męża, zwłaszcza że była daleko, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Jednak romans z pewną panią, w którego efekcie Karol się do niej przeprowadził, a od żony zażądał, żeby wyjechała z Zakopanego - pępka artystycznego świata, doprowadził artystę do szału czy, żeby użyć jej określenia, do "bzika generalnego". Kochankę męża napadła i pobiła, a jego błagała, żeby wrócił. Karol nie wytrzymał. Niebawem tytuły prasowe głosiły: "Porwanie malarki Stryjeńskiej", "Niebywała przygoda wybitnej artystki-malarki", "Ohydna intryga na tle sprawy rozwodowej".

Zofia Stryjeńska obraz Rozniecanie ogniska
"Rozniecanie ogniska", gwasz, papier, 72 x 57 cm,
Desa Unicum, Warszawa, 17.03.2011, lot 2

Kurier Czerwony w artykule "Z tajemniczych mroków porwania Zofii Stryjeńskiej. Miał go dopuścić się mąż" sprawę opisywano tak: "Porwanie to nastąpiło około godziny 10 wieczorem (…). Do mieszkania artystki przybył lekarz zdrojowy dr Gabryszewski w towarzystwie przedstawicieli władz policyjnych. P. Stryjeńską siłą uprowadzono i wywieziono do sanatorium zamkniętego w Batowicach pod Krakowem. Opinia miejscowa zgodnie głosi, iż sprawcą porwania jest mąż artystki p. Karol Stryjeński, przeciw któremu wytoczyła ona proces rozwodowy. Porwanie i osadzenie w sanatorium ma - jak mówią - na celu wytworzenie opinii, iż p. Stryjeńska cierpi na obłęd. Gdyby ten fakt uznano, wówczas dzieci pp. Stryjeńskich pozostałyby przy ojcu. W Zakopanem zawiązał się specjalny komitet, mający za zadanie obronę p. Stryjeńskiej, a w pierwszym rzędzie - uwolnienie jej z sanatorium".

I choć środowisko częściowo zmieniło zdanie na jej temat, do końca życia musiała się mierzyć z opinią wariatki. Chociaż choroby psychicznej u niej nie stwierdzono. Zofia Stryjeńska była wówczas uznaną artystką. Udział w wystawie światowej w 1925 roku w Paryżu przyniósł jej europejski rozgłos. Zdobyła cztery nagrody Grand Prix w kategoriach: dekoracji architektonicznej, plakatu, tkaniny i ilustracji książkowej oraz wyróżnienie w dziale zabawek. Odznaczono ją także Krzyżem Kawalerskim Legii Honorowej. Jej prace łączące odwołania do rodzimego folkloru i mitologii słowiańskiej ze stylistyką art déco, utrzymane w żywej kolorystyce, bardzo się podobały. "Tańce polskie", "Obrzędy polskie", "Bożki słowiańskie", "Piastów" rozpowszechniano w formie tek, albumów oraz pocztówek.

Gorzej układało się w życiu. Jej drugi mąż, aktor Artur Socha, podobnie jak Karol, okazał się zdeklarowanym kobieciarzem. Zofia Stryjeńska sama przyznawała, że związek z nim oduczył ją zazdrości. Współczuła mu, że nawet na dziwki nie może chodzić, po tym, jak zaraził się od nich kiłą. Pisała: "Świnia jest, co świnia, ale mi go żal". Spotykali się w kawiarniach, chodzili do kina, na spacery. Żeby się z nim zobaczyć, kupowała bilety na przedstawienia, w których grał. On takiej wyrozumiałości dla niej nie miał. Z zazdrości o przybyłego z Londynu niejakiego Geoffreya Potockiego de Montalk, w tym akurat konkretnie przypadku zupełnie bezpodstawnej, zdarzyło mu się nawet pobić żonę. Zofia Stryjeńska bez większych emocji wspominała, że z sińcami na twarzy i całym ciele wyglądała jak jaguar, a bicie to by się jej należało, ale za Achillesa Brezę, wysportowanego architekta o "ustach świeżych jak czereśnie".

Potem była związana ze słynnym podróżnikiem i pisarzem Arkadym Fiedlerem. Romans ten zaczął się niebanalnie. Pisarz wpadł jej w oko, więc zaprosiła go na obiad do baru. Wyglądała na tyle kusząco, że zaczął snuć opowieści o swoich miłosnych przygodach, nie dając jej dojść do głosu. Tak ją to oburzyło, że po powrocie do domu wysłała kolegę do drogerii po paczkę prezerwatyw, którą owinęła w różową bibułę i złotą wstążkę, po czym z bukiecikiem posłała Fiedlerowi, życząc dalszych sukcesów. Ten na drugi dzień przesłał kwiaty i podziękowania, zapewniając, że prezent na długo mu nie starczy, i zapraszając artystkę na kolację w gronie jego przyjaciół.

Zofia Stryjeńska obraz Zaloty
"Zaloty", olej, płótno naklejone na tekturę, 54 x 44 cm,
Desa Unicum, Warszawa, 13.10.2011, lot 14

Przystała na propozycję, bowiem chciała zawrzeć bliższą znajomość z pisarzem. Ponadto łóżkowa abstynencja, którą musiała zachowywać przez większy czas trwania obu jej małżeństw, bardzo jej dokuczała. Zofia Stryjeńska obawiała się, że może nawet zaszkodzić jej zdrowiu. Jedną z wizyt w słynnej warszawskiej kawiarni Ziemiańskiej, opisywała następująco: "Ubrałam się, umyłam, zeszłam na dół do Ziemiańskiej. Jak to okropne, że nie ma nikogo do licha ciężkiego, żeby się można troszeczkę erotycznie wyładować. Nie jest to normalne, będąc zdrową, tak ciągle żyć w cnocie i cnocie. Jeszcze mi się coś przyczepi psiakrew, z tej cnoty i kto doktorów będzie płacił?".

Oprócz Ziemiańskiej często widywano ją także w Instytucie Propagandy Sztuki. Do obu tych miejsc przychodziła prawie codziennie w poszukiwaniu kupców swoich prac lub przynajmniej kilku złotych pożyczki. Na braki finansowe narzekała ciągle. Tonęła w długach, goniła za zarobkiem "po Żydach i ministerstwach", jak pisała, swoje prace sprzedawała za bezcen, oby tylko dostać jakiekolwiek pieniądze. Gdy tylko coś zarobiła, od razu wydawała.

Długo wyczekiwaną wystawę w 1935 roku w Instytucie Propagandy Sztuki zajął komornik. Pieniądze były dla niej ważniejsze niż uznanie. Kiedy rok później dostała Złoty Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury, skomentowała to tak: "Laur. Umarłemu kadzidło. Państwowej nagrody z forsą to cholery nie dadzą", a na odwrocie pisma, w którym proszono o przesłanie 30 złotych tytułem zwrotu kosztów wykonania odznaki, napisała: "akurat - jeszcze będę bulić". Nie miała swojego miejsca, zamieszkiwała w wynajmowanych pokojach, hotelach lub u rodziny. Marzyła, żeby wyjechać do Ameryki, żyć tam dostatnio i ściągnąć dzieci. Zamiast tego cierpiała istne męki twórcze, świadoma tego, że popada w rutynę, i coraz bardziej narzekająca na ból oczu, który okazał się następstwem zarażenia syfilisem.

W 1945 roku wyjechała do Genewy, choć decyzja ta nie była łatwa i Zofia Stryjeńska kilkakrotnie zawracała z drogi. Ponad 30 lat żyła w rozjazdach między Genewą, Paryżem i Brukselą, gdzie mieszkała jej siostra. I chociaż od wyjazdu za granicę nie stworzyła niczego istotniejszego, a po 1945 roku jej prace istniały głównie w postaci kalkomanii "Tańców polskich" na ozdobnych talerzach, to Stryjeńska pozostaje jedną z najbardziej wyrazistych, a przy tym charakternych polskich artystek.