Jego projekty zna prawie każdy. Na swoim koncie ma ponad tysiąc plakatów, a to tylko część z jego ogromnego dorobku. Andrzej Pągowski jest tytanem pracy i bojownikiem w walce o popularyzację kultury oraz wysoki poziom polskiej grafiki.

Niedawno obchodził Pan 35-lecie pracy twórczej. Taki jubileusz skłania zapewne do refleksji nad tym, czego się dokonało przez te wszystkie lata. Z czego pan jest najbardziej dumny?

Andrzej Pągowski: Właśnie ostatnio więcej się nad tym zastanawiam. Całe moje dotychczasowe życie wypełniała praca, refleksji nie było. Należę do osób, które zupełnie nie zajmują się dniem wczorajszym. Dla mnie ważny jest dzień jutrzejszy, może trochę jeszcze dzisiejszy.

Oczywiście miałem świadomość, że dużo pracuję, że dostaję nagrody, że zrobiłem bardzo wiele ilustracji, plakatów i innych projektów, że jednym ludziom bardzo się one podobają, a inni uważają je za beznadziejne. Ale to wszystko pozostawało gdzieś obok. Najważniejsze było to, że dzwonił klient z zamówieniem i ja je realizowałem.

Zacząłem więcej myśleć o sobie, kiedy zaproponowano mi napisanie książki autobiograficznej, wspólnie z Dorotą Wellman, co zbiegło się z 35-leciem zawodowej kariery graficznej, 25-leciem pracy w reklamie i w końcu 60. urodzinami.

Andrzej Pągowski, "Miś"
Andrzej Pągowski, "Miś", 1980, akryl, gwasz, tektura,
67 x 98 cm

I do jakich wniosków pan doszedł?

Że największą moją wartością są dzieciaki, te starsze, z pierwszego małżeństwa, i te młodsze, z drugiego. Moja córka [Urszula Pągowska - przyp. MS] pracuje w agencji reklamowej, którą prowadzę - jest więc kontynuacja - starszy syn jest fajnym, dobrym człowiekiem, a dwa maluchy - właściwie już nie takie maluchy, bo mają 14 i 12 lat - są na początku życia.

Na wychowanie starszych nie miałem takiego wpływu, bo wtedy byłem nastawiony na zupełnie inne rzeczy. Młodsze z kolei wymagają ode mnie o wiele więcej. Na ostatnich wakacjach skakaliśmy razem z kilkumetrowych klifów i pewnie niewiele osób myślało, że mam sześćdziesiątkę. Ja też o tym nie myślałem.

A sztuka?

Tak naprawdę nic innego nie potrafię poza kreowaniem pewnej artystycznej rzeczywistości wokół siebie i dla swoich klientów, ale jednoczenie jestem coraz bardziej przekonany, że grupa ludzi, którym to, co robię, nie jest w ogóle potrzebne, stale się powiększa. I coraz mniej mi to przeszkadza.

Kiedyś wydawało mi się, że jestem wielkim misjonarzem sztuki i wszyscy powinni wiedzieć, kto to jest Pągowski, jakie robi plakaty, i wieszać je u siebie w domu. Strasznie cierpiałem, gdy ktoś powiedział, że zrobiłem zły plakat. Dzisiaj nie jest to dla mnie takie ważne. Przestało mnie interesować, czy moje prace im się podobają, czy nie. Najważniejszy jest ten, kto u mnie zamawia, płaci za to, co dostał, i jest z tego zadowolony.

Bardzo bym natomiast chciał, żeby ludzie się zawstydzili, że są coraz głupsi i coraz mniej jest im potrzebna kultura wyższa, że pod tym względem strasznie się cofnęli w stosunku do PRL-u.

Wracając do tamtych czasów, zaczynał pan od malarstwa na poznańskiej PWSSP.

Andrzej Pągowski, "Madame Butterfly"
Andrzej Pągowski, "Madame Butterfly", 1999, gwasz, papier, 67 x 98 cm

To był krótki epizod. Chociaż nie... Całe dzieciństwo malowałem, w przekonaniu, że tylko to jest sztuką. Właściwie nigdy nie przestałem malować, bo każdy plakat, ilustracja, okładka są w jakiś sposób malowane. Natomiast mój charakter nie jest malarski, bo nie jestem człowiekiem, który cierpi na poddaszu, który ma marszanda, każącego malować, a potem zastanawiającego się, jak to sprzedać.

Jestem człowiekiem do wynajęcia, człowiekiem, który bardzo lubi nowe wyzwania. I dlatego cały czas pracuję. Adrenalina, jaką wywołuje telefon z zamówieniem, jest z niczym nieporównywalna. To narkotyk, od którego jestem totalnie uzależniony. Niestety taki narkotyk, choć jednej strony bardzo miły, niszczy.

Żeby zrobić ponad tysiąc plakatów, a do tego pół miliona innych projektów, trzeba mieć czas. Większość moich znajomych wyjeżdżała, bawiła się, natomiast ja zapieprzałem i robiłem. Straciłem przez to jedno małżeństwo. Oczywiście, jeżeli człowiek jest dobrze poukładany, to nie traci kontaktów z dziećmi ani z byłą żoną. Ale zawsze jest to jakaś strata.

Czy na decyzję, żeby zwrócić się na studiach w stronę grafiki użytkowej, miało wpływ to, co działo się wówczas u nas w zakresie plakatu, a co potem zostało okrzyknięte Polską Szkołą Plakatu?

Plakaty zawsze były u mnie w domu, natomiast nie miałem w ogóle świadomości, że istnieje coś takiego jak zawód plakacisty. Wtedy bardziej fascynujące było dla mnie chodzenie po muzeach i malowanie kopii obrazów koni czy portretów fajumskich. Interesowało mnie malarstwo, życiorysy malarzy, takich jak Salvador Dali. Myślałem, że trzeba pójść na akademię malować, a nie, że zostanę plakacistą.

Natomiast kiedy z malarstwa przeniosłem się na grafikę do Waldemara Świerzego, przekonałem się, że plakat jest właśnie tym, co chcę robić, że to medium, które pozwala mi być malarzem, grafikiem, kolażystą, fotografem, wielotwarzowym projektantem. A do tego moja praca natychmiast pojawia się na ulicy, jest od razu oceniana, ale też popularyzuje mnie.

Nie ukrywam, że chęć bycia widocznym była we mnie zawsze. Jeżeli uprawiasz sztukę, to musisz się pod nią podpisywać nazwiskiem, bo ludzie chcą wiedzieć, kto ją zrobił. Na dyplomie miałem już ponad dwadzieścia plakatów zrealizowanych drukiem i wydanych dla dużych instytucji, z Teatrem Narodowym na czele. Z tamtych czasów pamiętam zresztą głównie to, że miałem dużo roboty. Podobnie jak teraz...

Andrzej Pągowski, "Circus"
Andrzej Pągowski, "Circus", 1979, akryl, gwasz, tektura, 67 x 98 cm

Nie, chyba teraz mam więcej, ale nie dałbym już rady zrobić dziewięćdziesięciu plakatów rocznie. Może też dlatego, że kiedyś inaczej się pracowało. Klient zamawiał pracę u autorytetu i nie było dyskusji, że chciałby coś inaczej. Czasami coś marudził, ale nie miał odwagi powiedzieć tego głośno. A teraz wszystko się poprawia po piętnaście razy.

Plakat w PRL-u to był fenomen. Często wcale nie informował, ale za to był nastawiony na funkcję edukacyjną czy estetyczną. Przykładem są tu chociażby plakaty cyrkowe. Cała gigantyczna kolekcja plakatów cyrkowych autorstwa polskich grafików powstała na zamówienie Desy jako druki designerskie, do dekoracji wnętrza. Sam robiłem plakaty cyrkowe, które były tylko po to, żeby ludzie je kupili i powiesili w domu. Zresztą Desa robiła też inne takie kolekcje, które nigdy nie pojawiły się na ulicach.

Ciekawe były polskie plakaty filmowe do produkcji zagranicznych. One były znane na świecie. Wysyłaliśmy je do Los Angeles na konkursy, prezentowaliśmy na wystawach. Ja sam miałem ze sto wystaw plakatów filmowych na Zachodzie, gdzie pokazywałem między innymi plakaty do filmu "8 i 1" Felliniego czy do filmów Kurosawy. To było dla nas wielkie wyzwanie, bo myśmy mogli to robić, inni nam zazdrościli. Obecnie dystrybutorzy filmowi proponują odbiorcy najczęściej fotosy.

Robił pan ostatnio plakaty do filmu Jerzego Skolimowskiego "Essential Killing" czy do "Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Wajdy, ale na mieście pojawiły się inne.

Moje projekty są plakatami autorskimi, zamawianymi przez reżysera, a nie dystrybutora, w niewielkiej liczbie. Może właśnie przez to będą cenniejsze dla historii. Ale dystrybutor nie chce takich plakatów, uważa, że my, publiczność, jesteśmy durni i trzeba nam pokazywać fotki.

Pan walczy o to, żeby to zmienić?

Walczę i nie odpuszczę. Szkoda mi tylko trochę, że młody narybek reżyserski, który robi bardzo fajne filmy, zupełnie odpuścił. Plakat do filmu o Wałęsie ukazał się dzięki reżyserowi, Andrzejowi Wajdzie. To on wymusił zrobienie tego plakatu, ale inni reżyserzy nie mają może takiej chęci, cierpliwości czy też tej siły, którą miał Wajda. Muszą natomiast wiedzieć, że wszystkie moje plakaty filmowe, powstałe na przestrzeni ponad trzydziestu lat, cały czas żyją. Bez przerwy pokazuję je na wystawach, za każdym razem stanowią także przypomnienie samego filmu. Filmy reklamowane plakatami fotosowymi, komercyjnymi, których nikt nie kolekcjonuje, umierają w dniu zakończenia dystrybucji filmu i pies z kulawą nogą nie będzie o nich pamiętał.

Torby z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik
Torby z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik

A może większą swobodą twórczą cieszą się plakaty dotyczące kampanii społecznych? Może też dlatego są bardziej kontrowersyjne?

Kiedyś tak. Zrobiłem ze sto subtelnych plakatów erotycznych. Żaden z nich nie miałby dzisiaj szans pojawienia się na ulicy, bo zaraz oburzyłyby się jakieś gremia. To samo zaczyna dotyczyć kampanii społecznych. Czasem ktoś zwraca mi uwagę, że coś jest za ostre, ale jak można inaczej mówić o ważnych problemach? Ja bym czasem użył wulgarnego słowa, na przykład "dupa", powiedział, że coś jest skandaliczne, ale nie da rady.

Ale przecież użył pan tego słowa w plakacie antynikotynowym "Papierosy są do dupy". Co więcej, ten plakat stał się kultowy.

Może właśnie jest do tego stopnia kultowy, że przestał działać. Chociaż są i tacy, którzy właśnie pierwszy raz go widzieli, a wydawało mi się, że nie ma Polaka, który go nie zna, bo wisiał już chyba wszędzie. Dwa razy w roku wisi na mieście i nie ma problemów, a dwadzieścia lat temu miałem dwa procesy o obrazę.

A kto zgłasza się do prowadzonej przez pana agencji reklamowej Kreacja Pro?

Przede wszystkim firmy, które produkują tak zwane druki reklamowe, natomiast jeżeli chodzi o plakaty, to cały czas jeszcze dystrybutorzy filmów niszowych, które nie mają obiegu komercyjnego i mogą sobie pozwolić na plakat artystyczny - prym wiodą tu filmy Andrzeja Barańskiego - a także organizatorzy festiwali, no i oczywiście teatry.

Piny z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik
Piny z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik

Czyli przede wszystkim sektor kultury. A jak pan ogólnie ocenia stosunek do grafiki użytkowej środowisk biznesowych?

Byłem we wrześniu na Forum Ekonomicznym w Krynicy, gdzie z Narodowym Centrum Kultury przygotowaliśmy pawilon poświęcony przestrzeni kultury. Obserwowałem, jak przedstawiciele biznesu strasznie się boją do niego wejść i nie umieją się tam zachować. Może boją się, że musieliby na przykład pozdejmować swoje straszne krawaty, bez których nie potrafią żyć. Gdy szedłem z tymi biznesmenami, ubrany w czerwone spodnie i kolorową kurtkę, to aż tak nie pasowałem do tego czarno-białego zestawienia, że zatrzymywała mnie ochrona.

Ale będzie lepiej! Nawiązaliśmy sporo obiecujących kontaktów. W przyszłym roku chcemy zupełnie inaczej podejść do przestrzeni kultury.

Na pewno biznes musi zrozumieć, że bez kultury będzie mu ciężko uzyskać wiarygodność na świecie, bo tak brzydkich wizytówek i znaków firmowych, jakie mają nasze firmy, to nie ma chyba nikt. Ale oni w ogóle nie zwracają na to uwagi, stroją się we wspaniałe garnitury, drogie zegarki, a dają takie wizytówki, że aż wstyd. Tu też jest duża praca do wykonania.

Czy widzi pan szansę na poprawę kondycji grafiki użytkowej w Polsce?

Myślę, że tak. Jest młody design, ogromna liczba pism niszowych, klubów designerskich, konkursów, cykliczna wystawa młodych ilustratorów "Ilustracja.pl". Ja sam współpracuję z kilkoma gazetami stawiającymi na dobry design, które się borykają z trudnościami, ale cały czas wychodzą.

Odpowiedzialność leży właśnie po stronie mediów, które są potężną siłą i mają dużą władzę nad społeczeństwem. W lifestylowych gazetach informacjom o wspaniałej premierze filmu lub spektaklu czy promocji książki towarzyszą twarze celebrytów. Nie ma natomiast nic o reżyserze, o samym filmie, o książce, o tym, kto zrobił okładkę, ilustracje, scenografię.

Kubki termiczne z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik
Kubki termiczne z kolekcji Andrzej Pągowski for Empik

W ten sposób całe media kolorowe podcinają gałąź, na której siedzą, bo jeśli obniżają poziom komunikatu, to obniżają poziom kultury odbiorcy, która już i tak jest obrazkowa, bo dziś ludzie nie chcą czytać. Dlatego wciąż trzeba walczyć.

Z Narodowym Centrum Kultury wymyśliliśmy akcję "Patrz, jak czytasz. Ilustracje". Próbujemy używać słowa "ilustracja" tak często i w różnych kontekstach, żeby ludzie zaczęli się zastanawiać, dlaczego ciągle wszyscy mówią o ilustracji.

Realizuje pan właśnie projekt dla Empiku, także wychodzący ze sztuką do szerokiego grona odbiorców. Co to będzie?

Poproszono mnie o stworzenie kolekcji gadżetów na bazie moich kilkunastu kultowych plakatów, np. do "Misia" Barei. Wybrałem takie przedmioty, które najbardziej mi się podobały i które mogłyby się spodobać ludziom interesującym się moją grafiką: magnesy, płócienne torby, kubki termiczne, metalowe kalendarze wieczne, a także piny, dlatego, że je kocham i uważam, że są swego rodzaju wizytówką. Wywodzę się z kultury, w której przy pomocy T-shirtów i słuchania muzyki demonstrowało się, kim się jest.

A czy oprócz gadżetów przygotował pan coś jeszcze?

Są też płótna z nadrukowanymi plakatami, do oprawienia i powieszenia na ścianie. Żeby kupić mój oryginalny plakat, trzeba mieć od kilkuset złotych do kilku tysięcy, bo to są pojedyncze egzemplarze, często aukcyjne. Natomiast teraz za niewielką sumę można stać się właścicielem dobrze wydrukowanego plakatu, który w odpowiedniej oprawie ma rangę obrazu.

Kluby Międzynarodowej Prasy i Książki, z których ewoluował współczesny Empik, były w powojennej Polsce ośrodkami, gdzie żywo rozwijała się kultura. Organizowano spotkania, wystawy. Czy pan uczestniczył w życiu artystycznym skupionym wokół KMPiK-ów?

Oczywiście, że tak. Wtedy dla mnie KMPiK i Dyskusyjne Kluby Filmowe (DKF) były miejscami, gdzie poza boiskiem i prywatkami, spędzało się najwięcej czasu. W KMPiK-u oglądałem gazety, które stanowiły dla mnie inspirację.

Andrzej Pągowski (ur. 1953)
- absolwent Wydziału Plakatu poznańskiej PWSSP, autor ponad 1000 plakatów wydanych drukiem w Polsce i za granicą. Zajmuje się również ilustracją książkową i prasową, projektowaniem okładek wydawnictw płytowych, scenografii teatralnych i telewizyjnych, scenariuszy filmów i teledysków. Był dyrektorem artystycznym i graficznym wielu pism, w tym polskiej edycji "Playboya". Od 1989 roku działa także na polu reklamy. Jest dyrektorem kreatywnym i właścicielem firmy Kreacja Pro.

Potem za naprawdę śmieszne pieniądze kupowałem tam najlepsze tytuły projektowe na świecie. Teoretycznie były sczytane, a w praktyce przeważnie nowiutkie, bo nikt się nimi nie interesował. Potem odkryłem, że można do nich wysłać plakaty, więc wysyłałem na przykład do "Grafisu", gdzie je publikowali.

Pamiętam tamten klimat KMPiK-ów, wiszące wszędzie zachodnie gazety, spotkania, rozmowy. Teraz Empik wraca trochę do tamtej tradycji. Sam będę brał udział w kilkunastu spotkaniach w Empikach w różnych miastach Polski.

Czego panu życzyć na kolejne 35 lat pracy twórczej?

Zdrowia, to wystarczy.

rozmawiała: Małgorzata Stalmierska
zdjęcia: archiwum artysty, Empik